19 czerwca 2017

[20] Początek wszystkiego - recenzja


Cześć!
Witam w kolejnym poście. Dzisiaj porozmawiamy o nowości wydawniczej od Moondrivea'a, czyli wakacyjnym hicie "Początek wszystkiego". Zapraszam!



Kiedy wydaje ci się, że to już koniec, właśnie wtedy możesz być... na początku wszystkiego.
Ezra Faulkner jest gwiazdą swojej szkoły: popularny, przystojny i dobrze zbudowany. Miał nawet zostać królem balu maturalnego. Ale to było zanim... Zanim dziewczyna go zdradziła, auto roztrzaskało mu kolano, jego dobrze zapowiadająca się kariera sportowa legła w gruzach, a przyjaciele zdobyli się jedynie na to, aby wysłać mu do szpitala kartkę z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia.

Cassidy Thorpe to dziewczyna inna niż wszystkie. Zjeździła kawał świata, nocą wykrada się z gitarą na dach internatu, tańczy tak, jakby krótka chwila miała trwać wiecznie, i zna naprawdę dziwne słowa.

Spotkanie tej dwójki jest przypadkowe, ale zmieni ich życie na zawsze. Cassidy wciąga Ezrę do swojego niesamowitego świata, w którym nie ma końców – są tylko nowe początki.



O książce dowiedziałem się od razu z fanpage wydawnictwa Moondrive. Według mnie wydaje ono najlepsze książki młodzieżowe, które bardzo lubię czytać. Dodatkowo zainteresowało mnie to, że mówili o tym jako o książce idealnej na wakacje, a uwielbiam czuć w książce specyficzny klimat. Wcześniej z "letnich" książek czytałem na przykład "Ktoś mnie pokocha", ale o takich pozycjach będzie za tydzień odrębny post. Od razu zamówiłem w przedsprzedaży i z niecierpliwością czekałem na kuriera. Zabawne, że moje zamówienie przyszło kilka dni przed premierą, więc mogłem cieszyć się książką już wtedy, gdy się jej nawet nie spodziewałem.Na wstępie mogę Was zapewnić, że Moondrive nie kłamał i jest to prawdziwie letnia książka! Co od razu rzuca się w oczy to okładka, która także pokazuje klimat całej powieści. Jest po prostu przepiękna. Gdybym nie przeczytał wcześniej opisu, a zobaczył tę książkę w księgarni zapewne bez zastanowienia bym ja kupił.

Choć historia może wydawać Wam się oklepana i taka jak wszystkie to jest kompletnie na odwrót. Na początku myślałem, że będzie to kolejna historia, z którą spędzę przyjemnie czas i nic więcej, ale mniej więcej w środku okazało się, że jest zupełnie inaczej. Jak już wcześniej wspominałem lubię młodzieżówki, nawet takie, które są kompletnymi odmóżdżaczami, lecz uwielbiam takie, które przekazują jakieś prawdy życiowe lub wartości. Historia Ezry i Cassidy na pewno nie jest oklepana i jest to typ książki z literatury młodzieżowej, która może nas czegoś nauczyć.

Bohaterowie, których wykreowała Robyn bardzo przypadli mi do gustu. Na reguł w książkach tego typu wszyscy są tacy sami i zwykle nie grzeszą inteligencją, lecz główne postacie w "Początku wszystkiego" są na swój licealny wiek bardzo dojrzali. Autorka skorzystała ze schematu typowego amerykańskiego high school. Chodzi o to, że uczniowie dzielą się na kategorie najbardziej popularnych (sportowców i cheerleaderek) oraz tych, na których nikt nie zwraca uwagi (w tym przypadku ludzi z kółka debat). To wydawało mi się przerysowane, lecz użyte w dobrym celu ukazania tego, jak ci najbardziej popularni są fałszywi i jak łatwo przez jedno wydarzenie stracić całą "szkolną chwałę" i przejść do tej drugiej kategorii. Ciekawie, że w książce Robyn poruszała prawdziwe problemy osób w tym wieku, a nie tylko imprezy, randki i inne przesłodzone rzeczy jak w wielu książkach literatury młodzieżowej. Postać Ezry bardzo mi się spodobała, jednak to Toby był według mnie najbardziej zmarnowanym potencjałem tej powieści. Według mnie mogłoby być go o wiele więcej, ponieważ przyjaciel głównego bohatera jest naprawdę wspaniale stworzony. Tego niestety nie mogę powiedzieć o Cassidy... Przez pierwszą połowę książki bardzo ją lubiłem i podziwiałem, jednak później stała się moją najmniej lubianą postacią w powieści.

Jeśli chodzi o minusy to sposób prowadzenia historii podobał mi się do pierwszej części. Dalej po prostu nie spodobało mi się to co zrobiła autorka. Nie chodzi o to, że zrobiła to źle czy coś w tym stylu, lecz po prostu myślałem, że skończy się to całkowicie inaczej. Byłem przekonany, że ta słodko-gorzka historia będzie bardziej słodka niż gorzka. Dodatkowo w niektórych momentach trochę gubiłem się w narracji, lecz daję wielkiego plusa, że wszystko opowiada chłopak, bo prawie zawsze narratorem jest dziewczyna. Fajnie było przeczytać coś z innego punktu widzenia.

Podsumowując "Początek wszystkiego" jest książką idealną na wakacje. Bardzo szybko się czyta i ma wspaniały, niepowtarzalny klimat, jednak nie brakuje jej minusów. Widać, że jest to debiut Robyn Schneider, jednak chętnie przeczytam kolejną książkę tej autorki. Czekam, aż wydawnictwo wyda kolejną powieść tej autorki! Nie pozostaje mi nic innego jak polecić Wam "Początek wszystkiego", bo naprawdę warto spędzić wspaniałe chwile przy tej powieści!

★★★


Czasem myślę sobie, że na każdego czai się jego osobista tragedia. Że ktoś, kto właśnie kupuje mleko w piżamie albo dłubie w nosie na światłach, może być sekundę od katastrofy. Że każde życie, nieważne, jak zwyczajne, ma tę jedną chwilę, kiedy staje się wyjątkowe - chwilę, po której wydarzy się wszystko, co naprawdę ma znaczenie.
Robyn Schneider - "Początek wszystkiego"

12 czerwca 2017

[19] Duchowe życie zwierząt - recenzja


Cześć! Witam w kolejnym poście. Dzisiaj opowiem trochę o stosunkowo nowej pozycji jaką jest "Duchowe życie zwierząt". Zapraszam! :)


Autor „Sekretnego życia drzew”, Peter Wohlleben, przedstawia w fascynujący sposób świat przyrody, którego nie znamy.
Koguty okłamujące kury? Łanie pogrążone w żałobie? Zawstydzone konie? To przejawy fantazji ekologów czy naukowo udowodnione fakty z życia zwierząt? Czy bogate życie uczuciowe nie jest zastrzeżone jedynie dla ludzi?
Peter Wohlleben, leśnik i miłośnik przyrody, korzystając z najnowszych badań i własnych obserwacji, udowadnia, że zwierzęta i ludzie w sferze uczuć i doznań są do siebie podobni. Odkrywa przed nami niesamowite historie zwierząt, w których możemy zaobserwować ich mądrość, współczucie, troskę czy przyjaźń.
Podobnie jak w bestsellerowym „Sekretnym życiu drzew” Wohlleben przedstawia w fascynujący sposób świat przyrody, którego nie znamy. Kochasz zwierzęta? Dzięki tej książce przekonasz się, że są ci bliższe, niż ci się zdawało.


Zapewne słyszeliście o "Sekretnym życiu drzew", które poprzedniego roku podbiło serca wielu polskich czytelników. Peter Wohlleben wydał w tym roku nową książkę, o podobnej tematyce, lecz zamiast roślin opisywał zwierzęta. Już w 2016 chciałem kupić debiutancką powieść niemieckiego leśnika, lecz wtedy nie czytywałem bardziej ambitnych książek, tylko same młodzieżówki. Gdy dowiedziałem się o "Duchowym życiu zwierząt" musiałem to przeczytać, ponieważ jest to temat bardziej interesujący mnie od roślin. Przy okazji szkolnej wycieczki postanowiłem zakupić tę powieść (miałem mały dylemat, płyta lub książka, oczywiście padło na książkę). Bardzo mi się podoba, że zostało to wzbogacone także o edycję ilustrowaną, która bardzo mi się podoba, lecz w empiku natrafiłem jedynie na zwykłą. I tak jest pięknie wydana!

Jeśli już zacząłem o wydaniu, to jest to wielki atut książki. Wydawnictwo otwarte naprawdę się postarało i przepięknie stworzyli szatę graficzną tej pozycji. W sklepie od razu rzuca się w oczy i można się na nią patrzeć godzinami. Cudowny kolaż przedstawiający harmonię w świecie zwierząt. Oprócz tego na początku każdego rozdziału mamy miniaturowe rysunki, które także wzbogacają środek książki. Dodatkowo przepięknie pachnie (musiałem o tym wspomnieć). Będzie wspaniale ozdabiać moją biblioteczkę!

Bardzo spodobało mi się to z jaką miłością i czułością autor opowiada o zwierzętach. Leśnik przepięknie opowiada o każdym ze zwierząt, nawet tych, które inni ludzie traktują po macoszemu, na przykład insektach. Największym atutem są interesujące anegdoty z życia Petera Wohllebena. Z tego co wyczytałem ma on niewielką farmę i kilka zwierząt hodowlanych, do tego oczywiście pupile domowe. Ciekawie opowiadał o przypadkach w jego gospodarstwie na przykład o koźle Vito, ale oczywiście nie tylko o tym. Mieszkając w leśniczówce blisko lasu, autor chcąc nie chcąc codziennie obserwuje dziką przyrodę, więc mamy tu wiele historii z jego życia i wydarzeń, których on sam był świadkiem.

W czterdziestu pięciu rozdziałach Peter Wohlleben opisuje podstawowe emocje zwierząt takie jak strach, miłość, sen czy rodzicielstwo. Każda część jest o czymś innym, więc nie musimy czytać książki po kolei tylko zacząć od rozdziału, który najbardziej nas interesuje. Autor opisywał dane emocje na przykładach z jego własnego doświadczenia, z badań naukowych, ale także z... filmików na YouTube. 

Jeśli chodzi o minusy, to niestety jest to długość rozdziałów. Każdy ma około dziesięciu stron, a często i mniej. Według mnie, by dobrze wszystko napisać potrzeba odrobinę więcej. Autor mógłby zrezygnować z pobocznych tematów i poświęcić więcej miejsca w książce na te, potrzebujące dokładniejszego opisania. Równie dobrze książka mogłaby być odrobinę dłuższa, ponieważ ma dokładnie dwieście sześćdziesiąt cztery strony. Nie uważacie, że jest to odrobinę za mało? Miejscami autor odrobinę przynudzał. Jego styl pisania niestety należy do przeciętnych. Ciekawie opowiadał anegdoty, lecz reszta książki nie była napisana szczególnym językiem. Niektóre rozdziały mnie nudziły, nie z powodu tematu, jakie poruszały, ale sposobu, w jakie zostały napisane. Miejscami bardzo interesujące, a miejscami okropnie nudne. 

Podsumowując "Duchowe życie zwierząt" jest dość dobrą książką, lecz liczyłem na coś więcej. Nie pozostaje mi nic innego jak polecić to wszystkim miłośnikom zwierząt, ponieważ otwiera ona oczy i pozwala spojrzeć później na otaczającą nas przyrodę w nieco inny sposób. 

★★★✩✩

Zwyczajne uważam to za piękną myśl, że inne gatunki również nie są jedynie maszynami, które działają wyłącznie według zaprogramowanych mechanizmów, a naciśnięcie guzika względnie hormonu wywołuje określone działania. Wiewiórki, sarny czy dziki z duszą - to jest to, co mnie bierze i napełnia moje serce radością, gdy wiedzę takie zwierzaki na swobodzie.
Peter Wohlleben - "Duchowe życie zwierząt"

5 czerwca 2017

[18] Lśnienie - recenzja


Cześć! Dzisiaj miała się pojawić recenzja filmu "Into the wild", ale postanowiłem, że początek czerwca będzie książkowy, bo w ten weekend skończyłem czytać, można powiedzieć, klasyk gatunku jakim jest "Lśnienie". Czy ta pozycja jest warta uwagi? Zapraszam!


Powieść uważana przez wielu czytelników za horror wszechczasów.
Jack Torrance, były nauczyciel, a obecnie poszukujący weny pisarz, otrzymuje prace dozorcy w opuszczonym na czas zimowy górskim hotelu Overlook (Panorama). Kiedy burze śnieżne odcinają od świata rodzinę Torrance'ów, obdarzony telepatycznymi zdolnościami Danny, pięcioletni syn Jacka, odkrywa, że hotel jest nawiedzony, a duchy powoli doprowadzają jego ojca do obłędu. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta, aż pewnego dnia mężczyzna przestaje nad sobą panować.


Książkę kupiłem pod wpływem impulsu w księgarni. Chciałem sięgnąć po coś świeżego, a że zwykle nie sięgam po literaturę tego typu padło na Kinga (wcześniej czytałem "Carrie" (recenzja na blogu) i "Misery"). Po wcześniejszym zapoznaniu się z ogromem pozytywnych opinii, które krążą w Internecie zacząłem czytać. Byłem przekonany, że dostanę bardzo przerażający horror, gdzie będę przerażony już po pierwszych stronach, a dostałem przeciętny thriller psychologiczny. Nie powiem, był to ogromny zawód.

Muszę przyznać, iż Stephen King ma specyficzny styl pisania, który albo się kocha, albo nienawidzi. Mnie bardzo się spodobał po dwóch poprzednich książkach tego autora, w "Lśnieniu" był tak jakby mniej widoczny, lecz gdyby nie było nazwiska pisarza na okładce, z łatwością rozpoznałbym, że to właśnie on napisał. Za sposób napisania książki daje ogromnego plusa, ponieważ taka narracja bardzo mi się podoba.

Bohaterowie zostali wykreowani bardzo dobrze, choć myślę, że trochę przerysowanie. Główna postać - Jack Torrance - jest człowiekiem z barwną przeszłością, choć nie do końca pozytywną. Podoba mi się to, że Jack został przedstawiony na dwa sposoby - pozytywny oraz negatywny - dzięki czemu mogliśmy sami dokonać jego dogłębnej analizy oraz oceny. Wendy wydaje mi się być najbardziej przerysowaną książkową bohaterką na świecie. Taka spokojna, szara myszka pod kloszem swojego męża. Danny jest najciekawszą postacią z "Lśnienia". Dziecko z nadprzyrodzoną zdolnością oraz wymyślonym przyjacielem? Intrygujące połączenie. Wszyscy ludzie z tej książki, zostali stworzeni bardzo dobrze, co było plusem w tej książce, myślę, że jest to najmocniejsza strona "Lśnienia".

Niestety, potem stawało się tylko gorzej. Przez pierwszą połowę książki nic się nie działo. Pomyślałem, że to taki rodzaj budowania napięcia i zaraz Stephen King da upust swojemu kunsztowi literackiemu jak w przypadku "Carrie". Niestety, nie dał. Jakaś szczególna akcja działa się jedynie pod koniec. Mogę powiedzieć, że przez całą książkę po prostu wiało nudą. Kiedy myślałem, że już coś się stanie, nie działo się nic. Rozdziały okropnie mi się dłużyły i chciałem jak najszybciej je skończyć. Tutaj leży największy minus "Lśnienia", bo z opisu wynika, że miał być on największym horrorem ostatnich lat, lecz według mnie pasowałoby określenie thriller psychologiczny. 

Przez te wszystkie recenzje spodziewałem się czegoś mega strasznego, lecz niestety dostałem przeciętną pozycję z dobrymi bohaterami. Sam nie wiem, jak mogę to ocenić.

★★★✩✩
Żyjemy, aby walczyć jeszcze jeden dzień.
Stephen King - Lśnienie

29 maja 2017

[17] 10 klasyków literatury, które chcę przeczytać cz.1. - kilka słów o klasykach

Cześć!
Witam Was w kolejnym poście! Dzisiaj nie będzie to żadna recenzja, a zestawienie książek, które chcę w najbliższym czasie przeczytać. Tym postem zacznę nowy cykl na blogu czyli "Kilka słów o klasykach", w którym będę opowiadał o tej właśnie literaturze. Ostatnio zainteresowałem się takimi książkami i mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zapraszam! :)




1. Egzorcysta - William Peter Blatty




2. Lolita - Vladimir Nabokox




3. Nowy wspaniały świat - Aldous Huxley




4. Władca pierścieni - J. R. R. Tolkien




5. Zabić drozda - Harper Lee




6. Rok 1984 - George Orwell




7. Buszujący w zbożu - Jerome David Salinger




8. Mistrz i Małgorzata - Michaił Bułhakow




9. Lot nad kukułczym gniazdem - Ken Kesey




10. Duma i uprzedzenie - Jane Austin



To pierwsze dziesięć książek które mam zamiar przeczytać, jeśli chodzi o literaturę klasyczną! Kiedy te pozycje będą już za mną i napiszę wszystkie przemyślenia o tych książkach, przygotuję kolejną cześć klasyków. Czytaliście te książki? Napiszcie w komentarzu co o nich myślicie! Do następnego postu! 

22 maja 2017

[16] Złodziejka książek - recenzja


Cześć!
Witam w kolejnym poście! Dzisiaj już całkowicie odpoczniemy od kryminałów Remigiusza Mroza, a przeniesiemy się do Niemiec w czasach II wojny światowej. Zapraszam na recenzję "Złodziejki książek"! :)


Światowy bestseller, na podstawie którego powstał film wytwórni Twentieth Century Fox.

Liesel Meminger swoją pierwszą książkę kradnie podczas pogrzebu młodszego brata. To dzięki „Podręcznikowi grabarza” uczy się czytać i odkrywa moc słów. Później przyjdzie czas na kolejne książki: płonące na stosach nazistów, ukryte w biblioteczce żony burmistrza i wreszcie te własnoręcznie napisane… Ale Liesel żyje w niebezpiecznych czasach. Kiedy jej przybrana rodzina udziela schronienia Żydowi, świat dziewczynki zmienia się na zawsze…


Markus Zusak urodził się w 1975 roku. Dorastał w Sydney, gdzie wciąż mieszka z żoną i dwójką dzieci. Jest autorem pięciu powieści, w tym „Posłańca” oraz „Złodziejki książek” – międzynarodowego bestsellera, przetłumaczonego na ponad czterdzieści języków.

Jego pierwsze trzy powieści („Moje tak zwane życie”, „Walczący Ruben Wolfe” i nietłumaczona na język polski „When Dogs Cry”, wydana też jako „Getting the Girl”), ukazały się w latach 1999–2001, zdobywając nagrody w Australii i USA.

„Posłaniec” (2002, polskie wydanie 2009) w 2003 roku otrzymał dwa wyróżnienia w Australii: Australian Children’s Book Council Book of the Year Award (Older Readers) i NSW Premier's Literary Award (Ethel Turner Prize) oraz Printz Honour w Ameryce i nagrodę Deutscher Jugendliteratur w Niemczech.

Jednak największy sukces odniosła „Złodziejka książek”. Od pierwszego wydania w 2005 roku powieść przez 375 tygodni znajdowała się na liście bestsellerów „New York Timesa”. Do dziś zajmuje pierwsze miejsca na listach bestsellerów Amazon.com, Amazon.co.uk, „New York Timesa” oraz podobnych listach w wielu krajach Ameryki Południowej, Europy i Azji. Zdobyła liczne nagrody i wyróżnienia oraz została sfilmowana.

Adaptację filmową „Złodziejki książek” wyprodukowała wytwórnia Twentieth Century Fox. W filmie wyreżyserowanym przez zdobywcę nagrody Emmy, Briana Percivala („Downton Abbey”), zagrali m.in.: Geoffrey Rush („Blask”, „Jak zostać królem”), Emily Watson („Przełamując fale”, „Anna Karenina”) oraz Sophie Nelisse („Pan Lazhar”) jako Liesel Meminger, tytułowa złodziejka książek.



O tej książce od dawna słyszałem same pochlebne recenzje. Widziałem też zwiastun filmu, który chciałem obejrzeć, lecz stwierdziłem, że najpierw książka potem film (niedługo możecie się spodziewać recenzji także ekranizacji). Nie mogłem się doczekać, kiedy wreszcie sam przekonam się czego jest warta ta zachwalana przez wszystkich powieść. Interesuję się II wojną światową, więc tym bardziej zwiększyła się moja ciekawość, jak autor pokaże ten okres od drugiej strony. Naczytałem się tyle pozytywnych słów, że miałem ogromne oczekiwania, jednak muszę powiedzieć, że trochę się zawiodłem.

Zacznę od tego co spodobało mi się najbardziej, czyli od sposobu narracji. Całą historię opowiada Śmierć. Od pierwszych stron mnie to zaintrygowało, bo jest to dość niespotykany a bardzo ciekawy zabieg. Oczywiście głównie opowiada ona historię Liesel, lecz co jakiś czas napotykamy rozdziały tylko o niej, które według mnie są największym atutem tej powieści i podobały mi się najbardziej. Było tam opisane jaka naprawdę jest śmierć, czyli nie postacią złą a wysłannikiem samego Boga, i według tych wszystkich dusz nawet bliższa ludziom. Dostaliśmy tu "ludzką" Śmierć, która rozumiała ludzi, ich lęki oraz przerażające wydarzenie jakim jest wojna. Wcale nie cieszy się z tego co dzieje się na Ziemi, a uważa, że to wszystko jest okropne. Te rozdziały były bardzo artystyczne i piękne, właśnie tym autor zapunktował u mnie najmocniej.

O całej historii złodziejki książek mogę powiedzieć, że jest piękna i rozczulająca. Dawno nie czytałem powieści, gdzie w okropnej sytuacji w ludziach kryje się wiele dobra. Choć na świecie szalała wojna, a bohaterowie żyli w kraju, o którym inni myśleli, że żyją tam sami zbrodniarze, zdobywają się na wiele ciepła w stosunku do innych, chociaż wiedzą, że może ich za to spotkać największa kara. Dostaliśmy tu także szereg emocji, nie zabrakło tu przerażenia, zła, cierpienia i straty, lecz przeważała przyjaźń, miłość i empatia w stosunku do innych ludzi. Bardzo podobał mi się sposób w jaki została przedstawiona rodzina Liesel, nie byli oni żadnymi nazistami, lecz ludźmi, którzy chcieli w spokoju żyć, a co najważniejsze - ukrywali przed hitlerowcami Żyda. Nie zmienia to faktu, że miasteczko w którym mieszkali było pełne sprzeczności, tak jak podzielone Niemcy. Bohaterowie, którzy zostali stworzeni przez Markusa Zusaka, wydają się być tacy "ludzcy", są jak zwykli ludzie. Bardzo podoba mi się to jak ich wykreował autor, bo zrobił to wspaniale.

Niestety spodziewałem się czegoś lepszego. Nie mogłem przebrnąć przez pierwszą połowę książki, zaryzykuję nawet stwierdzeniem, że początek był zwykle nudny. Dopiero ta druga część, kiedy przyszedł Max zrobiła się interesująca i przeczytałem ją w jeden dzień. Myślę, że gdyby autor zamknął tę książkę w trzystu stronach, byłoby o wiele lepiej, ponieważ według mnie pewna część wstępu była niepotrzebna. Teraz mam podobnie jak Liesel, nienawidzę tej książki za zakończenie, jakie zaserwował nam autor, lecz kocham ją, bo jest to przepiękna, ciepła i pełna miłości w ciężkich czasach historia. Pomimo małych zastrzeżeń zdecydowanie polecam! 

★★★★✩

Nienawidziłam słów i kochałam je. 
Mam nadzieję, że nauczyłam się ich używać.
Markus Zusak - "Złodziejka książek"

14 maja 2017

[15] Deniwelacja - recenzja

Cześć!
Witam w kolejnym poście! Nie jesteście jeszcze zmęczeni Remigiuszem Mrozem na moim blogu? Mam nadzieję, że nie, a jeśli tak to mam dla was dobrą wiadomość, bo to najnowszy tom serii z Komisarzem Forstem, a na kolejny będziemy musieli troszkę poczekać. Zapraszam!


Gdzie jest Wiktor Forst?
To pytanie zadają sobie zakopiańscy śledczy, gdy topniejący w Tatrach śnieg odsłania makabryczny widok na zboczach Giewontu. Odnalezione zostają zwłoki grupy kobiet, których za życia nic ze sobą nie łączyło.
Żadna wycieczka nie zaginęła zimą na szlakach, a wszystkie ofiary wypadków w górach zostały odnalezione. W dodatku na ciałach nie ma żadnych śladów świadczących o tym, by doszło do zabójstw. Kiedy w Zakopanem znikają jednak kolejne kobiety, nie ma wątpliwości, że na Podhalu pojawił się seryjny zabójca.
Policja odkrywa ślad prowadzący do Wiktora Forsta. Problem polega na tym, że nikt nie wie, gdzie od roku przebywa były komisarz…



Kiedy kilka miesięcy temu Remigiusz Mróz podał do informacji publicznej wiadomość, że wyjdzie kolejna część serii z Komisarzem Forstem bardzo się ucieszyłem. Jest to mój ulubiony autor, a ta seria to także według mnie najlepsza (może dlatego, że nie czytałem jeszcze innych?). Książkę zamówiłem w przedsprzedaży razem z trzema poprzednimi, wtedy wypożyczyłem je z biblioteki, i tak naprawdę sam nie wiedziałem o czym będzie ta książka. Nie przeczytałem nawet opisu, żeby mieć niespodziankę. To co jest z tyłu przeczytałem dopiero po lekturze książki. Postanowiłem odświeżyć sobie poprzednie tomy, które czytałem w tamtym roku. Mam nadzieję, że książki Mroza na moim blogu się jeszcze nie znudziły i może tymi ciągłymi recenzjami jedna po drugiej przekonałem kilka osób do sięgnięcia po tę wspaniałą serię, ale przejdźmy już do recenzji.

W poprzedniej recenzji napisałem, że "Trawers" nieco różni się od "Przewieszenia" oraz "Ekspozycji". "Deniwelacja" różni się jeszcze bardziej od wszystkich trzech tomów!  W czwartej części brakuje mi klimatu, który towarzyszył wcześniej wspomnianym książkom. Nie mamy tu tych typowych morderstw w górach, lecz coś zupełnie innego. Według mnie wyszło to na dobre, autor zawarł te wszystkie rzeczy wcześniej i nie widział potrzeby do tego wracać. Gdyby tak było, pewnie nie dostalibyśmy tak dobrej książki, bo myślę, że męczyłby się z pisaniem tego czego nie chce. Poza tym w posłowiu wspomniał o kolejnym tomie, więc ta cała zmiana atmosfery w książce wyszła jak najbardziej dobrze. Oczywiście mamy tu (prawie) ten sam ośrodek całej akcji oraz bohaterów, jednak styl odrobinę kojarzył mi się z "Behawiorystą". Jak już o nim mowa bardzo mi się spodobała wzmianka o Kompozytorze właśnie z tej książki jak i o programie "Zygzakiem do celu" z "Wotum nieufności". W poprzednim tomie była Chyłka z jeszcze innej serii Mroza. Interesujący zabieg łączenia wszystkich światów w jednym, bardzo doceniam takie niuanse. 

"Deniwelacja" różni się od poprzednich tomów również rozwojem oraz tempem akcji. Trochę było mi za tym tęskno, bo wcześniej wydarzenia gnały na łeb na szyję. Nie było przerw na oddech, bo co chwilę coś się działo. W tym tomie Mróz postawił na jakość. Takich sytuacji nie było wiele jak wcześniej, lecz wszystkie były świetnie opisane i rozwinięte w maksymalnym stopniu. Niektórych mogłoby to nudzić, lecz mnie podobało się to, że wszystko można było zrozumieć, bez zbytniego trudu, bo wszystko było podane na tacy. Wydarzenia z pierwszej części książki trochę wiały nudą, ale tak zawsze jest na początku, w części drugiej oraz trzeciej było wiele ciekawiej. 

Bohaterowie również przebyli radykalną zmianę, jednak nie wszyscy na lepsze. Zacznę od Dominiki Wadryś-Hansen, z którą moje pierwsze spotkanie wypadło nie najlepiej. W "Deniwelacji" oraz "Trawersie" bardzo polubiłem krakowską panią prokurator. W "Przewieszeniu" uważałem ją za nudną, nieprzyjazną osobę, lecz bardzo się zmieniła. Być może z powodu wyjścia z nieszczęśliwego związku? Może przez Osicę? Jeśli chodzi o Osicę to dalej pozostaje taki sam. Zabawny, dość wybuchowy, ale przypomina mi stereotypowych stróżów prawa z dawnych lat. Ciąg dalszy zmiany z poprzedniej części przebywa Wiktor Forst, niestety nie jest ona pozytywna. W pierwszych częściach był charyzmatycznym, sarkastycznym człowiekiem, jednak więzienie całkiem go zmieniło. Nie pałam do niego szczególną sympatią, ponieważ wcielenie Wiktora narkomana nie przypadło mi do gustu już w "Trawersie". Jednak myślę, że zmiana Forsta miała na celu pokazanie, jak może zmienić człowieka tragedia w jego życiu, a komisarz nadal opłakuje Olgę Szrebską (tak jak ja). W tym tomie zabrakło mi rozwiązania paru spraw. Kiedy jeszcze nie dotarłem do końca zastanawiałem się, czy zostanie rozwiązana sprawa dziennikarki, ponieważ była to moja ulubiona postać i sam chciałbym się dowiedzieć co się z nią stało. Bardzo intrygujący wątek to także Lokatorka w domu Bestii z Giewontu. Szkoda, że Mróz nie rozwinął jej historii, bo była to dość interesująca postać.

W mojej ocenie powieść wypada bardzo dobrze. Różni się od poprzednich części, to prawda, ale nadal pozostaje wspaniałą częścią świetnej serii. Jeżeli ktoś z Was waha się z kupnem tej powieści niech się już nie zastanawia, bo naprawdę warto! 

★★★★★

Rzekomo nie ma zbrodni doskonałej. Bzdura. Wszak gdyby do niej doszło, nikt nigdy by się o niej nie dowiedział.
Remigiusz Mróz - "Deniwelacja"

6 maja 2017

[14] Trawers - recenzja

Cześć!
Dzisiaj bierzemy na tapetę "Trawers" Remigiusza Mroza. Mam nadzieję, że się Wam spodoba. :)


Finał bestsellerowej trylogii z komisarzem Forstem autorstwa Remigiusza Mroza, najgorętszego nazwiska polskiego kryminału

Wszystkie pożary zgasły. Zostały tylko zgliszcza.

Grupa uchodźców miała zostać w Kościelisku tylko przez trzy dni. Wójt zakwaterował ich w sali gimnastycznej, czekając, aż rząd znajdzie dla nich stałe miejsce pobytu.

Wszystko zmieniło się, gdy przypadkowy turysta został odnaleziony martwy na szlaku prowadzącym na Czerwone Wierchy.

Odcięto mu opuszki palców, wybito wszystkie zęby, a w ustach umieszczono syryjską monetę. Czy Bestia z Giewontu powróciła? A może to któryś z uchodźców jest winny? Rozpoczyna się nagonka medialna, a wraz z nią śledztwo prowadzone przez Dominikę Wadryś-Hansen.

Tymczasem Wiktor Forst wsiąka coraz bardziej w więzienny świat, zupełnie nieświadomy tego, że na wolności jest ktoś, kto liczy na jego ratunek…



Kiedy czytałem pierwszy raz "Trawers" ubiegłego roku myślałem, że będzie to ostatnia część tej serii, jednak 10 maja wychodzi nowość, "Deniwelacja", czyli kolejny tom. No cóż, nadal nie mogę się otrząsnąć z tego co wydarzyło się w "Przewieszeniu", a co dopiero w "Trawersie". Jeżeli chodzi o opis podoba mi się, że Remigiusz Mróz pomyślał o teraźniejszej sytuacji w Europie i wprowadził wątek z uchodźcami, który był jednym z ciekawszych. Mróz ciekawie wplótł go w całość akcji, przez co wydarzenia się łączyły. Wtedy nie wiedziałem już, które morderstwa były popełnione przez Bestię, a które przez uchodźców. Okładka niezbyt współgra kolorystycznie w poprzednimi tomami, jednak oprócz koloru wszystko jest w tym samym stylu. Jaskrawożółty niezbyt pasuje do szarego oraz czerwonego, prawda?

Jak w poprzednich przypadkach cała książka pisana jest z perspektyw kilku postaci. Zacznę od tej Forsta, spoilerem nie będzie, że siedzi on w więzieniu. Na początku myślałem, że ta sytuacja będzie dość nudnawa, lecz się myliłem. Ciekawe jest, ile rzeczy mógł on zrobić, będąc uziemionym. Druga perspektywa to Osica oraz Dominika Wadryś-Hansen. W tym tomie bardziej przypadły mi do gustu rozdziały pisane jej oczami, niż w poprzednim. Ostatnie dwa są według mnie najciekawsze. Iwo Eliasz, szkoda, że było tego tak mało, ponieważ jego perspektywa jest moją ulubioną. Jak już wspominałem w poprzedniej recenzji bardzo lubię czytać opisy pisane oczami psychopaty jakim była Bestia. Możemy wtedy "wejść do umysłu" tego człowieka, poznać jakie targają nic emocje i dlaczego robi to co robi. Takie rozwiązanie w kryminałach jest zdecydowanie na plus.

Tym razem nie pojawiają się żadne nowe twarze, mamy cały czas starych bohaterów. Jak wcześniej napisałem polubiłem Dominikę Wadryś-Hansen. Pani prokurator z poprzedniego tomu nie przypadła mi do gustu, być może z powodu współpracy z Gercem, by przede wszystkim wsadzić Forsta do więzienia. Nie mam jej tego za złe, w końcu jest to jej praca, ale myślę, że wtedy uległa presji Aleksandra, który się na niego uwziął. Bardzo się cieszę, że w tym tomie nie było go tak dużo, nie przyćmił postaci Dominiki, która w tym tomie wydaje się być dobrze wykreowaną postacią. Osica także przeszedł niemałą zmianę. W "Trawersie" również polubiłem go bardziej niż w poprzednich tomach. Duet w sprawie z uchodźcami był dość interesujący, z powodu różnicy poglądów jak i charakterów bohaterów. W niektórych przypadkach dialogi Osica x Dominika były bardzo śmieszne, niezdarny policjant i dystyngowana pani prokurator do dość intrygujące połączenie, ale zdecydowanie na plus. Największą zmianę przeżył Wiktor Forst, z nim miałem taki problem, że jego nie polubiłem, a wręcz przeciwnie. Komisarz bardzo mnie irytował. "Trawers" był głównie też o problemach byłego policjanta oraz o jego zmianie w więzieniu, ale to było na mały minus. Wcielenie Wiktora uzależnionego od narkotyków nie pasuje mi do tej postaci. Byłem przyzwyczajony do introwertycznego, sarkastycznego człowieka. No cóż, bohaterowie to i tak świetna część całej serii, więc zmiana Forsta nie daje skazy całej serii.

"Trawers" jest dobrą książką, lecz odbiega od poprzednich tomów. Brakuje mu klimatu, który towarzyszył "Ekspozycji" i "Przewieszeniu". Akcja jest świetna, gna i nie ma przerwy, by zastanowić się o co chodzi, co bardzo lubię. Jednak po zakończeniu spodziewałem się czegoś więcej. Liczyłem na większy rozwój niektórych wątków np. Lokatorki i rozwiązaniu większej ilości spraw związanych z Bestią. Mam nadzieję, że kolejne spotkanie z Wiktorem Forstem wypadnie lepiej. :)


★★★★✩
Większość osób nie poruszały suche liczby, empatia ludzka znacznie lepiej sprawdzała się, kiedy obcowało się z tragedią jednego, konkretnego człowieka. W przypadku Forsta było jednak odwrotnie. Przez lata służby w wydziale zabójstw naoglądał się śmierci z bliska, oswoił się z nią. Zawodowa konieczność sprawiła, że odcinał się od osobistych tragedii. Natomiast liczby robiły na nim wrażenie.
Remigiusz Mróz - "Trawers"

1 maja 2017

[13] Przewieszenie - recenzja


Cześć! Witam Was w ten przepiękny majowy poranek. Miesiąc zaczynam od kolejnej dawki książek, więc dziś zapraszam na recenzję drugiego tomu serii z Wiktorem Forstem czyli "Przewieszenie". :)


Podhalem wstrząsa seria wypadków w górach. Początkowo czarna passa wydaje się jedynie ciągiem pechowych zdarzeń, jednak śledczy ostatecznie odkrywają związek między ofiarami. Każe on sądzić, że ktoś morduje turystów na szlakach.
Dochodzenie prowadzi komisarz Forst. Szybko zdaje sobie sprawę z tego, że zabójstwa powiązane są ze sprawą, nad którą pracował z Olgą Szrebską. Zaczyna tropić mordercę, zbierając okruchy informacji, które ten zdaje się z premedytacją zostawiać.
Kiedy zbliża się do rozwiązania sprawy, doganiają go upiory z przeszłości. Wiktor Forst będzie musiał stawić czoła nie tylko człowiekowi, którego ściga, ale także ludziom gotowym zrobić wszystko, by go pogrążyć.


Remigiusz Mróz po raz kolejny przewija się na moim blogu, znany młody pisarz, który podbija serca polskich czytelników kryminału. Od razu po skończeniu Ekspozycji zabrałem się po Przewieszenie jednak czytałem w tym czasie inne książki. W drugim tomie Trylogii z komisarzem Forstem dostajemy kolejną, porządną, dawkę tajemnic, niedomówień i strategii mordercy. Tym razem Mróz podniósł poprzeczkę. W Przewieszeniu nie ma miejsca na słabości bohaterów. Jest tylko akcja. Akcja. Akcja. Akcja.

Znów zacznę od strony graficznej, książka ma przepiękną okładkę. Powiązaną z Ekspozycją. Jednak tym razem jest bardziej mrocznie. Polskie Tatry i samotny człowiek. Zabójca czy może Forst? To zależy tylko od czytelnika i interpretacji powieści. Znów mamy wątek zabójcy, gór i wszystkiego innego co Mróz chciał nam dostarczyć w pierwszym tomie.

Co mnie zachwyciło w powieści to obszerne opisy krajobrazu. Tym razem autor zabiera nas w podróż po polskich Tatrach, a także słowackich. Wielokrotnie komisarz podróżuje szlakami turystycznymi m.in. na Rysy. Oprócz tego końcówka dzieje się na Słowacji, gdzie opisy majestatycznych gór są równie imponujące. Nie mniej jednak wszystko to co działo się na kartach tej powieści mogliśmy sobie łatwo wyobrazić, właśnie dzięki tym opisom.

Poznajemy nowych bohaterów, którzy nie do końca są dobrzy. Dominika Wadryś-Hanses czy inni prokuratorzy nie są zbyt pozytywni i ich nie polubiłem. Jednak mamy także stare twarze Osica, Forst... Forst. Zatrzymajmy się przy nim. W Ekspozycji bardzo go polubiłem, jednak tutaj był troszeczkę irytujący. Nie powiem dlaczego, bo to byłby wielki spoiler dla osób, które nie czytały. Bardzo wyrazisty, interesujący bohater, jednak tutaj nie przypadł mi do gustu. Miłą odmianą był Osica, który zmienił się, według mnie, na lepsze. A teraz czas na najnudniejszy książkowy wątek. Dominika Wadryś-Hansen. Rozdziały pisane z perspektywy prokurator były straszne. Strasznie nudne. Najgorsze co mogło spotkać tę książkę to właśnie ona sama. Problemy rodzinne w jej domu i próby dopieczenia Forstowi były takie denerwujące, że aż nie chciało mi się tego czytać.

Teraz czas na coś bardzo pozytywnego. Rozdziały są pisane z perspektywy komisarza Forsta, Wadryś Hanses, Agaty Osicy i... zabójcy. Możemy poznać Iwo Eliasza, tak ma na imię, a może to jego pseudonim? Pewne jest to, że to Bestia z Giewontu i nadal zabija. Najlepsze rozdziały były od mordercy. Można poznać jego plany, tok myślenia i dowiedzieć się jak działa taki seryjny zabójca, co siedzi mu w głowie i co czuje podczas tego co robi. Interesujące ale też makabryczne, bo Mróz raczy nas wszystkimi smaczkami i szczegółami. Działa na wyobraźnię. Zdecydowanie.

Już od pierwszych stron akcja leci bardzo szybko, jednak w pewnym momencie zwalnia, by potem... jeszcze przyspieszyła! Środek być może był trochę nudnawy, lecz końcówka była genialna. Czytałem to z zapartym tchem, a ostatnie 100 stron minęło mi w niecałą godzinę. Nic dziwnego, akcja, bohaterowie, niebanalny język. Czytało się świetnie! Mróz odwalił kawał dobrej roboty!

Podsumowując Przewieszenie jest genialne jednak ma kilka minusów, rozdziały z perspektywy prokurator i wyłączenie akcji w środku. Poza tym książka jest świetna, ale nie polecam jej wszystkim. Sytuacje związane z zabójcom i Synami Światłości są dość mroczne i drastyczne, w niektórych momentach poczuć dreszczyk emocji, ale warto! Końcówka to coś za co mamy ochotę od razu przeczytać kolejny tom. Mam nadzieję, że jak najszybciej dorwę Trawers!


★★★★✩

Każde narodziny prowadzą do śmierci. Każde spotkanie prowadzi do rozłąki.
Remigiusz Mróz - "Ekspozycja"


24 kwietnia 2017

[12] Ekspozycja - recenzja



Cześć!
Witam w kolejnej już recenzji na moim blogu. Dzisiaj znowu ocenię książkę Remigiusza Mroza, lecz tym razem trochę starszą. Zapraszam na recenzję "Ekspozycji"! :)


Nieuchwytny zabójca.
Mroczna tajemnica z przeszłości.
Zaskakujący finał.

Termin "ekspozycja" ma przynajmniej pięć znaczeń. Podobnie wieloznaczny jest każdy krok mordercy.
Pewnego ranka turyści odkrywają na Giewoncie makabryczny widok – na ramionach krzyża powieszono nagiego mężczyznę. Wszystko wskazuje na to, że zabójca nie zostawił żadnych śladów.
Sprawę prowadzi niecieszący się dobrą opinią komisarz Wiktor Forst. Zanim tamtego ranka stanął na Giewoncie, wydawało mu się, że widział w życiu wszystko. Tropy, jakie odkryje wraz z dziennikarką Olgą Szrebską, doprowadzą go do dawno zapomnianych tajemnic… Winy z przeszłości nie dadzą o sobie zapomnieć. Okrutne zbrodnie muszą zostać odkupione.



Zapewne, jak każdy kto interesuje się książkami, słyszeliście o Remigiuszu Mrozie. Odkąd wydał pierwszą książkę jest o nim naprawdę głośno, i to wcale nie jest przesadzone, bo jego książki stoją na bardzo wysokim poziomie. Za mną było ich kilka, recenzje dwóch najnowszych możecie przeczytać wcześniej na moim blogu, chodzi tu o "Behawiorystę" oraz "Wotum nieufności". O tej książce też musieliście gdzieś słyszeć lub, co bardzo prawdopodobne, sami ją przeczytaliście. "Ekspozycja" to pozycja, która już wcześniej była za mną. Przeczytałem ją dokładnie czwartego czerwca poprzedniego roku i od tej książki zaczęła się moja przygoda z literaturą Remigiusza Mroza. Był to też mój pierwszy kryminał. Dzięki "Ekspozycji" polubiłem takie książki, a Remigiusz Mróz jest zdecydowanie moim ulubionym pisarzem. Z powodu premiery kolejnego tomu postanowiłem odświeżyć sobie całą historię Wiktora Forsta, a przy okazji napisać recenzję. Książka zajęła mi tylko kilka dni, a już na wstępie mogę powiedzieć, że naprawdę warto ją przeczytać! 

Zacznę od tego, co widać na pierwszy rzut oka. Przepiękna okładka stworzona przez Wydawnictwo Filia bardzo przykuwa uwagę. Przy okazji idealnie oddaje klimat stworzony przez Remigiusza Mroza, bo właśnie na tej okładce mamy praktycznie wszystko, co dzieje się w książce, góry, człowieka oraz tajemniczą monetę, która także odgrywa w "Ekspozycji" ogromnie ważną rolę. Jak można też zauważyć pozycja jest dość obszerna, w końcu do 480 stron, które zdecydowanie się nie dłużą. Kryminał jest podzielony na cztery oddzielne akty, które opowiadają różne wydarzenia w śledztwie, lecz razem tworzą świetną całość, bo dopiero, gdy poznamy wszystkie cztery rozdziały poznamy tajemnicę Mordercy z Giewontu.

Tępo akcji dziejącej się w "Ekspozycji" jest zawrotne. Cały czas jesteśmy bombardowani nowymi rzeczami, które odkryli Forst ze Szrebską lub kolejnymi morderstwami. Od morderstwa na Giewoncie, gdzie zawiązała się akcja cały czas mieliśmy wzrost napięcia, bo co chwilę działo się coś ważnego. Przerwy na oddech były tylko w krótkich przerwach, gdzie bohaterowie musieli połączyć fakty, których się dowiedzieli w całość, aby wymyślić co mają robić dalej. Akcja jest jednym z największych plusów tej książki, ponieważ Remigiusz Mróz bardzo dobrze ją poprowadził. Aż do ostatnich dwudziestu stron, nie wiedzieliśmy, kto naprawdę jest mordercą i cały czas działo się coś nowego. Zakładam, że bardzo łatwo było się pogubić w tym wszystkim podczas pisania, lecz kiedy czytałem "Ekspozycję" kompletnie tego nie odczułem, ponieważ autor ze wszystkiego idealnie wybrnął, tak, że nie było żadnych dziur w fabule i wszystko zostało idealnie poprowadzone, aż do końca, gdzie i tak nie można było odetchnąć z ulgą, bo nawet na końcu działo się bardzo ważne rzeczy. Co ważne, fabuła nie rozgrywa się jedynie w polskich górach, wszystko działo się dosłownie na kilku kontynentach, co także bardzo mi się podoba. Intryga mordercy sięgała Białorusi czy Ukrainy, a bohaterowi udali się również do Rosji oraz... Stanów Zjednoczonych. Światowość w tej książce także jest bardzo interesująca. 

Jeśli chodzi o bohaterów to oni również są świetnie stworzeni. Według mnie sprawiali wrażenie, nie postaci książkowych, a prawdziwych ludzi. Zacznę od Wiktora Forsta, który był naprawdę barwnym człowiekiem. Jeszcze wcześniej nie spotkałem się z taką interesującą osobą, jaką jest komisarz. Dość ekscentryczny, sarkastyczny, ale naprawdę lojalny i ciekawy. Oprócz podziwu w jego postawę może wprowadzić czytelnika również w osłupienie. Myślę, że sam główny bohater jest dobrym powodem, aby sięgnąć po tę książkę. Jednakże zdecydowanie bardziej polubiłem Olgę Szrebską, którą mogę nazwać jedną z lepiej wykreowanych bohaterek książkowych. Zdecydowanie jej charakter ułatwiał jej pracę w dziennikarstwie. Redaktorka NSI również była interesującą osobą, lecz można powiedzieć, że była lekkim przeciwieństwem Forsta. Olgę bardzo polubiłem za jej charyzmę, oraz oczywiście za dialogi, które Remigiusz Mróz świetnie napisał. Jeśli piszę o bohaterach nie mogę nie wspomnieć o humorze całej książki. Przez te prawie pięćset stron towarzyszy czarny humor Forsta. Poza tym trochę wulgaryzmów, sarkazmu i komizmu słownego. Naprawdę, w niektórych momentach można było się nieźle uśmiać, szczególnie, gdy brał w tym udział Osica.

Jak w innych książkach tego autora śledzimy akcję z kilku perspektyw. W tym przypadku o wydarzeniach dowiadujemy się z oczu Wiktora Forsta, Olgi Szrebskiej oraz tajemniczego starca z kotem Antoniuszem (interesujące imię, nieprawdaż?). Bardzo lubię takie rozwiązania w książkach, ponieważ nie poznajemy tego co się dzieje przez jednego bohatera, a przez kilku, dzięki czemu lepiej możemy poznać fabułę oraz punkt widzenia i myślenia danego charakteru. Muszę przyznać, że jednak mi o wiele ciekawiej czytało się rozdziały pisane z perspektywy Wiktora, bo jednak on miał bardziej interesujące przygody od Olgi, choć przez kilka rozdziałów bardziej zainteresowałem się jej perspektywą. 

Pora na zakończenie, które w książce było okropne. Nie okropnie napisane, lecz okropne rzeczy się tam stały. Po wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce w książce, autor wyciąga as z rękawa i wyskakuje z takim czymś. Niestety nie napiszę tego, co się tam stało, ponieważ byłby to ogromny spoiler, który zepsułby Wam całą zabawę z czytania książki, ale powiem, że było to coś strasznego, lecz sam Remigiusz Mróz mówił o tym, że kiedy czytelnik po skończeniu jego pozycji, ma ochotę zabić autora, to ta książka jest warta przeczytania. No cóż, w tym przypadku także.

"Ekspozycja" to wspaniały kryminał pełen akcji i humoru. Jeżeli jak ja wcześniej nie czytaliście tego gatunku, jest to dobra książka na rozpoczęcie Waszej przygody z taką literaturą. Jeżeli ktoś jeszcze tego nie przeczytał, w co bardzo wątpię, naprawdę musi to nadrobić, bo ta pozycja, jest jedną z lepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałem. Dzięki niej Remigiusz Mróz stał się moim ulubionym polskim autorem. Sam muszę nadrobić jego inne pozycję, bo zdecydowanie zostaję w tyle z innymi seriami. 


★★★★★

Wszystko można udowodnić, jeśli ma się odpowiednio dużo kreatywności.
Remigiusz Mróz - "Ekspozycja"






21 kwietnia 2017

[11] mleko i miód - recenzja


Cześć!
Dzisiaj zapraszam Was na recenzję nowo wydanej książki, a raczej zbioru poezji. Zwykle nie czytuję takich książek, lecz słyszałem o niej naprawdę wiele dobrego i postanowiłem, że muszę przeczytać "mleko i miód". Jak mi się podobało? Zapraszam do recenzji! :)



„Mleko i miód” to opowieści o miłości i kobiecości, ale też przemocy i stracie. W krótkiej, poetyckiej formie skrystalizowały się pełne cielesności emocje. Każdy z rozdziałów dotyka innych doświadczeń, łagodzi inny ból. Rupi Kaur szczerze i bezkompromisowo ukazuje kobiecość we wszystkich jej odcieniach, cudowną zdolność kobiecego ciała i umysłu do otwierania się na miłość i rozkosz mimo doznanych krzywd.

Międzynarodowy bestseller.
Ponad pół miliona sprzedanych egzemplarzy w samych Stanach Zjednoczonych.
Kilkadziesiąt tygodni na liście bestsellerów „New York Timesa”.

„Te krótkie i szczere wiersze o doświadczaniu kobiecości, przemocy, miłości i łagodzeniu bólu są tak delikatne jak piosenki pop i tak ostre jak trash metal”.
- New York Times

„»Mleko i miód« to zbiór wierszy, który każda kobieta powinna mieć na swoim nocnym stoliku”.
- Huffington Post



Sam opis wskazuje na to, że mamy do czynienia ze zbiorem poezji autorstwa Rupi Kaur. Zwykle nie sięgam po literaturę piękną czy poezję, ale postanowiłem, że to będzie moja pierwsza książka z wierszami. Nie zawiodłem się. Przed przeczytaniem bardzo wiele słyszałem i czytałem o "mleko i miód", a te wszystkie recenzje były pozytywne. Muszę powiedzieć, że trudno przejść obojętnie, gdy widzi się tę pozycję w księgarni czy w empiku, ponieważ jest naprawdę pięknie wydana. Ale o tym opowiem później.

Cała szata graficzna jest w, moim ulubionym, minimalistycznym stylu. Moje wydanie jest edycją dwujęzyczną, więc odrobinę różni się od tej normalnej. Na okładce widzimy napis i jeden, subtelny rysunek. Bardzo mi się podoba szata graficzna tej książki, bo pod niektórymi wierszami są malunki równie delikatne jak większość z tych sentencji. Wydawnictwo Otwarte naprawdę się postarało wydając także książkę po angielsku i po polsku. To dobre rozwiązanie dla osób, które chcą przeczytać daną pozycje w oryginale, ale boją się, że niewiele zrozumieją. W takich razie tłumaczenie jest na stronie obok. Grafika powieści jest zdecydowanie wielkim atutem.

Tomik poezji jest podzielony na cztery części: "cierpienie", "kochanie", "zrywanie" oraz "gojenie". Każdy rozdział opowiada o czymś innym, lecz wszystkie razem tworzą przepiękną całość o życiu. Pierwsza część opowiada o wcześniejszym życiu Rupi Kaur. Mamy tu opowieść o przemocy i gwałcie. Są to bardzo trudne tematy, o których raczej się nie mówi, lecz autorka opisuje to w bardzo subtelny, ale też dosadny sposób. W tych krótkich wierszach mamy wiele refleksji ale też wspomnień poetki. Myślę, że jest to najmocniejszy pod względem tematyki, ale też stwierdzeń rozdział. Pełen bólu, strachu i krzywdy. Niebywałe jak w kilkuwersowych wierszach można zawrzeć tyle emocji. Druga część ma tytuł "kochanie". Tutaj mamy już dorosłe życie kobiety, być może autorki. To chyba najbardziej kobiecy rozdział. Wiele miłości, piękna i kochania. Kontrastująca dla "zrywania", gdzie jest wiele negatywnych emocji, o rozchodzeniu się z drugą połówką. Ostatnia część także bardzo mi się spodobała "gojenie". Opowiada o ludziach, o wartości naszego życia i o kochaniu samego siebie. Myślę, że tę część powinni przeczytać wszyscy, którzy są niezadowoleni z siebie i jak to mówi sama Rupi Kaur "nie chcą spędzić ze sobą reszty swojego życia". W tych czterech krótkich działach autorka zawarła wiele emocji, pozytywnych i negatywnych. Bardzo mi się podoba, bo jest to słodko-gorzka historia życia pewnej kobiety.

Najbardziej, oprócz emocji, podoba mi się prostota z jaką autorka o wszystkim opowiada. Nie czytuję poezji, ponieważ jej nie rozumiem. W większości wierszy jest pełno zawiłości, skrótów myślowych, metafor, aż trudno się w tym wszystkim połapać. W "mleko i miód" poetka postawiła na prostotę, która jest wielkim atutem. Brak tutaj zbędnych przenośni czy epitetów. Rupi Kaur wszystko opisuje w przystępny dla zwykłych czytelników sposób. To właśnie w tej prostocie tkwi największa magia tej książki. Z pozoru niepozorne kilkuwersowe wiersze, a w nich drzemie wielki potencjał, dużo emocji i ogromna siła. 

Podsumowując "mleko i miód" jest przepięknym tomikiem powieści, choć jest skierowana głównie do kobiet, to myślę, że trafia do każdego człowieka. Wszyscy mogą z tej książki wynieść coś dobrego i choć odrobinę przewartościować różne rzeczy w naszym życiu. Jak najbardziej polecam, moje pierwsze spotkanie z poezją współczesną zakończyło się bardzo dobrze i myślę, że często będę do tej książki wracał i za każdym razem odkrywał coś nowego, czego nie zauważałem wcześniej. Jedna z najlepszych książek wydanych w tym roku.

★★★★★

gubię części ciebie tak jak gubię rzęsy
nieświadomie i wszędzie.
Rupi Kaur - "mleko i miód"
Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.