31 marca 2017

[8] Colonia - recenzja



Cześć!
Ostatnio oglądałem bardzo interesujący film jakim jest "Colonia", która rok temu weszła do kin. Czy jest warty obejrzenia? Zapraszam do przeczytania!

Oparta na faktach, „Colonia” opowiada historię Leny i Daniela – pary młodych uwikłanych w wojskowy przewrót w Chile w 1973 roku. Daniel zostaje uprowadzony przez tajną policję Pinocheta, po długich poszukiwaniach Lena lokalizuje go w zastrzeżonej placówce na południu kraju, zwanym Colonia Dignidad. Na zewnątrz Colonia wygląda na misję charytatywną, prowadzoną przez świeckiego pastora Paula Shafera, w rzeczywistości jest miejscem odosobnienia, z którego jeszcze nikt nie zdołał uciec. Lena postanawia przyłączyć się do grona mrocznych współwyznawców tego kultu, by odnaleźć Daniela.
opis dystrybutora

Zwiastun filmu możecie obejrzeć tutaj:




O filmie dowiedziałem się przez pewien blog filmowy, który chętnie czytam (Z filmami na co dzień), recenzja tam opublikowana bardzo mnie zainteresowała, więc stwierdziłem, że muszę zobaczyć ten film. Kolejnym pretekstem była główna rola Emmy Watson, która jest zdecydowanie moją ulubioną aktorką i chciałbym zobaczyć wszystkie filmy z jej udziałem. Historia, którą opowiada film jest bardzo intrygująca. Zapewne wielu z Was nie słyszało o Colonii Dignidad, która znajdowała się w Chile. Było to miejsce prowadzone przez Paula Shafera, fanatyka, który uciekł z Niemczech oskarżony o pedofilię. Miał znajomości w całym kraju, więc władze omijały to miejsce szerokim łukiem. Jednak w ogrodzonym drutami kolczastymi, pilnie strzeżonym miejscu kryły się przerażające rzeczy. Mężczyźni, kobiety i dzieci mieszkały oddzielnie i nie mogli się spotykać, oprócz tego "wódz" całego miejsca był oskarżony o molestowanie dzieci podczas kilkudziesięciu lat działania miejsca. Ludzie byli tam na każdym kroku bici, poniżani, torturowani, a przez te lata działania z tego piekła udało się uciec jedynie sześciorgu ludzi. Na początku filmu mamy informację, że jest to film oparty na faktach, co jest jeszcze bardziej przerażające, że takie coś miało miejsce naprawdę. 

Bardzo podoba mi się koncepcja reżysera odnośnie akcji. O tym miejscu nie było głośno, albo ja o tym nie słyszałem. Odrobinę kojarzy mi się z polskim kinem wojennym, a w szczególności z "Miastem 44", które uwielbiam. Wiem, że są to całkowicie inne wydarzenia i z pozoru się to do siebie nie ima, jednak mamy tutaj wątek romantyczny w przerażającym miejscu. Pokazywane nam są poszczególne dni życie Leny w Colonii Dignidad, i to w naprawdę łagodny sposób. Z tego co przeczytałem w Internecie o całym tym miejscu działo się tam o wiele gorzej. Co mi się spodobało chyba najbardziej brakowało tutaj typowego dla Hollywood kinowego rozmachu. Nie mieliśmy tutaj ogromu brutalnych scen, można to teraz porównać do "Kamieni na szaniec", jedynie na początku coś takiego się pojawiło, ale i tak więcej musieliśmy sobie dopowiedzieć. To bardzo mnie zaskoczyło, ale w dobry sposób, ponieważ naszej uwagi nie skradły sadystyczne zachowania pracowników Kolonii a cała sytuacja, w której znaleźli się bohaterowie. Subtelny sposób pokazania tych najgorszych rzeczy, które się działy, bardzo dobrze działa na wyobraźnię np. scena, w której Paul jest na zajęciach chórku, według mnie, była to najbardziej przerażająca rzecz w całym filmie. Myślę, że jest to najbardziej trafiony zabieg reżysera. 

Bardzo wierzyłem w rolę Emmy Watson, ponieważ w zwiastunie wypadła bardzo dobrze. Jej gra aktorska bardzo mi się podobała, spotkałem się z opiniami, że nadal była tą Hermioną, którą znamy z filmów o Harrym Potterze. Ja tego tak nie odczułem. Uważam, że Emma jest świetną aktorką a ten film był dla niej ogromnym wyzwaniem, bo miała naprawdę trudną rolę do zagrania. Jednakże Emmę przyćmił Daniel, który grał w filmie jej miłość. Jego sceny były o wiele trudniejsze z powodu tego, że udawał upośledzonego, by przetrwać. Reżyser wiedział na jakich aktorów postawić, bo ta dwójka razem była genialna. Michael jako Paul Schafer. Zawsze, kiedy oglądam filmy, w których występują psychopaci, zastanawiam się, jak wiele musieli zrobić aktorzy, by wyjść tak przekonująco. Chociaż nie widziałem wcześniej filmów z jego udziałem, widać, że jest naprawdę doświadczonym aktorem. 

Film jest naprawdę warty obejrzenia, aby dowiedzieć się historii, której większość nie zna. Poza tym akcja wciąga od początku aż do końca, więc nie ma tutaj chwili wytchnienia, do samego końca coś się dzieje. Nie podobało mi się jedynie to, że film trwał niecałe dwie godziny, myślę, że to trochę za mało i można by było rozwinąć parę scen, co wyszłoby na lepsze. Mimo tego uważam, że "Colonia" jest świetnym filmem. Przepiękny hołd ofiarom przerażającego miejsca.


★★★★★


Anyone can torture, but to break a person without harming physically, that's an art.
Każdy może torturować, ale złamać kogoś psychicznie jest sztuką.
Florian Gallenberg - "Colonia"



29 marca 2017

[7] Mitologia nordycka - recenzja


Cześć!
Witam Was w kolejnym poście na moim blogu! Dzisiaj bierzemy na warsztat nowość od Neila Gaimana czyli "Mitologię nordycką" w jego przekładzie. Czy jest warta przeczytania, czy lepiej ją sobie odpuścić? Zapraszam na wpis! :)

Wielkie nordyckie mity to jeden z korzeni, z których wyrasta nasza tradycja literacka - od Tolkiena, Alana Garnera i Rosemary Sutcliff po "Grę o tron" i komiksy Marvela. Stały się też inspiracją dla wielu obsypanych nagrodami bestsellerów Neila Gaimana. Teraz sam Gaiman sięga w odległą przeszłość, do oryginalnych źródeł tych opowieści, by przedstawić nam nowe, barwne i porywające wersje największych nordyckich historii. Dzięki niemu bogowie ożywają - pełni namiętności, złośliwi, wybuchowi, okrutni - a opowieść przenosi nas do ich świata - od zarania wszechrzeczy, aż po Ragnarok i zmierzch bogów. Barwne przygody Thora, Lokiego, Odyna czy Frei fascynują współczesnego czytelnika, a żywy, błyskotliwy język sprawia, że aż proszą się o to, by czytać je na głos przy ognisku w mroźną gwiaździstą noc.

Jeśli nie wiecie, to bardzo lubię czytać mitologie. Moją ulubioną jest zdecydowanie egipska, ale nie pogardzę także grecką czy słowiańską. O mitologii nordyckiej słyszałem naprawdę dużo, samego dobrego. To ona wykreowała m.in. takie megahity jak "Avengers" czy "Thor". Z tego co zauważyłem na samym początku całkowicie różni się od mitów znad Morza Śródziemnego czy znad Nilu. Tutaj dostaliśmy coś całkowicie innego, bardziej w stylu książki fantastycznej niż podań ludowych. Ciekawa zmiana, bo zawsze dostawaliśmy przygody bogów z bogami, ale często też ze śmiertelnikami, tutaj postawiono raczej na... olbrzymy, skojarzyło mi się to z inną książką Neila Gaimana czyli "Odd i lodowi olbrzymi". Jeszcze tego nie czytałem, ale w tę zimę na pewno po to sięgnę, bo o tym też słyszałem wiele dobrego. Ale przejdźmy do książki.

Okładka bardzo przyciąga uwagę. Podoba mi się ten nowy styl w jakim po kolei wydawane są pozycje tego autora takie jak na przykład "Gwiezdny pył" (który był ostatnią przeczytaną przeze mnie książką w 2016 roku) czy "Amerykańscy bogowie. Poprzednie były ładne, ale te podobają mi się ogromnie! Przepiękna twarda oprawa i niezmienny styl graficzny, przez co ładnie prezentują się razem na półce. Wydawnictwo MAG, punkt dla Ciebie. Opis także jest bardzo intrygujący i zachęcający do przeczytania książki, bo mamy tu podane hity takie jak "Gra o tron" i "Marvel", czy jest tutaj jakaś osoba, która tego nie lubi? Tak naprawdę to okładka przyciągnęła mnie bardziej, opis przeczytałem dopiero po zakupie, ostatnio często tak robię. 

Czytając tę książkę przeżyłem magiczną przygodę, począwszy od powstania świata, przechodząc przez wszelakie przygody przytrafiające się bogom, olbrzymom, krasnoludom, kończąc na Ragnaröku, mogę powiedzieć, że to były super chwilę. Tak naprawdę nie czytałem jeszcze opinii o tej książce, bo jest stosunkowo nowa, więc nawet nie miałem czasu sprawdzić co piszą o niej inni blogerzy, więc nie mam punktu odniesienia, czy zdania są podzielone, czy większość zachwyciła tak jak mnie. Sam Gaiman pisze we wstępnie, że niestety, nie wszystkie mity się zachowały i przepadły, nie dane będzie nam się dowiedzieć w co jeszcze wierzyli nasi przodkowie z Północy. Bardzo dobrze, że na samym początku mamy pokrótce opisanych najważniejszych bogów, bo gdyby tego nie było całkowicie pogubiłbym się w tym świecie, resztę bogów i pomniejszych bóstw mamy opisanych w Glossariuszu znajdującym się na samym końcu. Pamiętam, że pierwszy mit, opisujący stworzenie świata, czytaliśmy rok temu na lekcji języka polskiego i wszyscy głowili się jak przeczytać te trudne nazwy, nawet ja po przeczytaniu wybranych mitów dalej nie wiem jak przeczytać np. Hvergelmir czy Yggdrasill. Naprawdę wiele tutaj trudnych do wymówienia nazw, które jest także trudno zapamiętać, w głowie zostali mi tylko wybrani bogowie. Myślę, że moim ulubionym mitem znajdującym się tutaj jest Miód poetów, ponieważ opisywał powstanie poezji, którą bardzo lubię. Zainteresowało mnie tam zdecydowanie wszystko, myślę, że ten mit spodoba się wszystkim zagorzałym czytelnikom! 

Podsumowując "Mitologia..." mi się spodobała, całkowicie różniła się od innych podań ludowych, które czytałem. Podobały mi się historie krasnoludów, bogów, olbrzymów, jednak myślę, że czegoś tam brakuje. Sam nie wiem czego, ale cała historia wydaje mi się być niepełna, choć wszystko jest opisane od początku do końca. Myślę, że w szkołach powinniśmy poznać przynajmniej po jednym micie z każdej ważniejszej mitologii, a nie tylko greckiej. Uważam, że głębiej powinniśmy poznać też mitologię słowiańską, bo przecież są to nasze regiony. Czytałem wybrane mity, ale jeśli znacie dobre przekłady w tym stylu możecie mi podać nazwę w komentarzu. Książkę polecam nie tylko fanom Neila Gaimana, bo nie wyczułem tu jego specyficznego stylu, tylko uniwersalny, który trafiłby nawet do młodszych czytelników. 

         ★★★★✩


Mity nordyckie to mity mroźnych krajów, niemiłosiernie długich zimowych nocy i niekończących się letnich dni. Mity ludu, który nie do końca ufał swoim bogom, a nawet ich nie lubił, choć żywił do nich szacunek i lęk.
Neil Gaiman - "Mitologia nordycka"




27 marca 2017

[6] Opowieści z Akademii Nocnych Łowców - recenzja



Cześć! 😃
Nie wiem jak Wy, ale ja jestem wielkim fanem wszelkiej twórczości Cassandry Clare, dzisiaj przygotowałem dla Was recenzję najnowszej książki jej autorstwa, mam nadzieję, że się Wam spodoba. Zapraszam!

Simon Lewis był człowiekiem i wampirem, a teraz staje się Nocnym Łowcą. Jednak wydarzenia „Miasta Niebiańskiego Ognia” odarły go ze wspomnień i Simon nie bardzo wie, kim jest. Wie, że przyjaźnił się z Clary i że przekonał skończoną boginię Isabelle Lightwood, żeby się z nim spotykała… ale nie ma pojęcia, w jaki sposób. Kiedy zatem Akademia Nocnych Łowców ponownie otwiera swoje podwoje, Simon rzuca się w nowy świat polowania na demony, zdecydowany odnaleźć siebie, odnowić dawne związki i stać się prawdziwym Nocnym Łowcą. Jednak wkrótce zdaje sobie sprawę, że w Akademii nic nie jest proste i oczywiste…


Przeczytałem wszystkie książki autorstwa Cassandry Clare, o której kilka lat temu było bardzo głośno w związku z wydawaniem ostatnich części serii. Rok temu dostaliśmy pierwszy tom nowej sagi tej autorki, a w tym roku wydawnictwo MAG wydało "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców", na które z niecierpliwością czekałem, bo już wcześniej widziałem na lubimyczytac.pl to, że jest to dostępne w Ameryce. Kilka dni po premierze byłem i empiku i ta pozycja od razu rzuciła mi się w oczy (przy okazji poprzednie książki Cassie zostały przecenione, więc jak ktoś nie ma, to ta promocja może jeszcze trwać). Na początku byłem przekonany, że będzie to pozycja równie dobra, jak poprzednie, ale niestety lekko się zawiodłem. Akcja rozgrywa się między wydarzeniami po "Mieście niebiańskiego ognia" ale przed "Pani Noc", co było dobre, z powodu pustki jaką zastaliśmy w tym okresie czasowym. W "Pani Noc" było powiedziane, że Simon był w Akademii oraz inne wydarzenia, które były opisane właśnie w tej książce.

Najbardziej podobało mi się to, że w tej książce jak i we wszystkich pozycjach Cassandry Clare występują potomkowie postaci z poprzednich serii. Mamy tu np. Lovelace ale też znane nam postacie z Darów Anioła. Super, że mogliśmy więcej dowiedzieć się o związku Aleca z Magnusem, który jest jednym z ciekawszych shippów. Isabelle, Clary, Jace... Oni wszyscy tam byli, jednak nie tak dobrze wykreowani jak w "Pani Noc". Jakoś w tej książce wszystkie te postacie wydawały mi się być wciśnięte na siłę, tylko aby zwiększyć sprzedaż książki. Odnosiłem takie wrażenie przez całą książkę i dlatego szła mi niezbyt szybko. Podsumowując postacie, były one mega sztuczne i dość nudne, czysta komercja.

Wydarzenia z książki też nie przypadły mi do gustu. W poprzednich książkach Clare mieliśmy akcję, akcję, akcję i jeszcze raz akcję, a tutaj były opowieści z dawnych lat, które już z resztą wcześniej poznaliśmy, więc były zbędne. Wydaje mi się, że była tylko jedna sytuacja, gdzie wydarzenia był dobrze opisane, tak aby zainteresować czytelnika. Poza tym końcówka pozostawia wiele do życzenia.

 Podsumowując książka nie spodobała mi się. Jest po prostu nijaka, aż sam nie wiem co mam o niej napisać. To czy warto ją przeczytać czy nie pozostawiam Wam, jednak sam uważam, że zmarnowałem swój czas.


Ocena książki: 4/10


Jesteśmy tym, czym uczyniła nas nasza przeszłość. Nagromadzeniem tysiąca codziennych wyborów. Możemy się zmienić, ale nigdy nie przekreślimy tego, kim byliśmy.
Cassandra Clare - "Opowieści z Akademii Nocnych Łowców"

11 marca 2017

[5] W kręgach władzy. Tom 1. Wotum nieufności - recenzja


Cześć! 😊
Na mój blog znów nadciągnął Mróz, więc dzisiaj zapraszam na recenzję najnowszej książki Remigiusza Mroza, mowa tu oczywiście o "Wotum nieufności", czyli czegoś, czego jeszcze nie było! Zapraszam!


Marszałek sejmu, Daria Seyda, budzi się w pokoju hotelowym, nie pamiętając, jak się w nim znalazła ani co się z nią działo przez ostatnich dziesięć godzin. Jest przekonana, że stała się ofiarą manipulacji, ale nie wie, kto ani dlaczego może za nią stać.

Tymczasem Patryk Hauer, wschodząca gwiazda prawicy, podczas prac komisji śledczej odkrywa polityczny spisek sięgający najistotniejszych osób w kręgach władzy.

Seyda i Hauer znajdują się po przeciwnych stronach sceny politycznej. Dzieli ich wszystko, ale połączy jedna sprawa…



Chyba nikogo to nie zdziwi, że Remigiusz Mróz znowu wydał coś nowego. Ten człowiek pisze w takim tempie, że trudno nadążyć za wszystkimi nowościami spod jego pióra, sam jeszcze nie przeczytałem wszystkich jego dzieł, i nie wiem czy zdążę je nadrobić, skoro cały czas wychodzi coś nowego. Jak zdążyliście już zauważyć Mróz pisze głównie kryminały lub książki sensacyjne, a tym razem jest coś całkowicie innego, czego jeszcze nie napisał żaden polski autor. Tym razem Mróz postawił na politykę, która też jest dość ciekawym, pełnym akcji tematem. Mogę się tutaj odnieść do "House of cards", chociaż nie czytałem książek, widziałem zwiastuny serialu, a nawet na okładce jest to porównane. Jeśli jesteście fanami serialu ta książka na pewno się Wam spodoba! 

Zacznę od okładki, która bardzo przykuwa wzrok i od razu w empiku ją wypatrzyłem! Już sama szata graficzna wskazuje na to, że nie będzie to czysta gra polityczna, tylko coś krwawego i tajemniczego, Mróz nie byłby sobą gdyby czegoś takiego nie było. Pod koniec książki mamy okładkę drugiego tomu, jednak ta mnie nie zachwyciła. Może na żywo będzie lepsza, chociaż z niecierpliwością na nią czekam! Kiedy usłyszałem o premierze od razu musiałem sprawdzić kiedy jest premiera i w ten sam dzień kupiłem ją w empiku. Dopiero po kupnie odwróciłem okładkę i przeczytałem opis, nie spodziewałem się, że to będzie typowe political fiction. Opis jest bardzo intrygujący i tajemniczy, z początku nie widziałem jak w takim opasłym tomiszczu można opisywać intrygi polityczne, a jednak... 

Wielki plus jest za to, że mogłoby się wydawać, że jest to nudna książka, a jednak bardzo wciąga. Wiele osób może powiedzieć, że nie będą tego czytać, bo nie interesują się polityką, ja też mogę się do nich dołączyć, a jednak lubię odkrywać nowe gatunki, a Remigiusz Mróz jest moim ulubionym autorem, więc po to sięgnąłem. Przez całe sześćset stron mamy akcję, akcję i jeszcze raz akcję. Bardzo mi się podoba, to, że nie ma momentu wytchnienia i przez cały czas jesteśmy bombardowani nowymi wydarzeniami i intrygami polityków, biorących udział w grze. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że na samym końcu wszystkie wydarzenia się kumulują, a rozwiązanie jest w kilkustronicowym epilogu, według mnie powinno być to dłużej opisane, a może reszta wyjaśni się w kolejnym tomie? Nie wiadomo.

Fajne, było to, że na początku mamy pokazane wszystkie partie i ich poglądy. Nie zauważyłem ich podobieństwa do aktualnych wydarzeń politycznych w kraju, co jest na wielki plus, bo to jednak political fiction. Jedynie mamy tu kilka razy wspomnianych Angele Merkel i Donalda Trump. Przez całą książkę poznajemy dogłębnie każdą z partii, ich przekonania oraz to czym się kreują. Jeśli chodzi o mnie to jestem za PDP. 

Tym razem nieco zawiodłem się na postaciach. Zawsze w książkach Remigiusza Mroza mamy świetnie wykreowanych bohaterów, tutaj niektórzy byli dość nijacy. Zacznę od tego, którego polubiłem najbardziej, super postać, bardzo charyzmatyczna, idealnie nadająca się do polityki. Bardzo mu kibicowałem przez całą książkę, chociaż jego partia mnie nie przekonywała on był świetny. Drugą główną postacią jest Daria, z którą miałem niemały problem. Przez całe 600 stron wydawała się taka nieobecna, zmęczona... Jedynie podczas negocjacji w Rosji pokazała na co ją stać. Zdecydowane przeciwieństwo Hauera. 

Nie spodziewałem się, że kolejna książka Remigiusza Mroza może być taka dobra, w pewnym momencie już stwierdziłem, że idzie na ilość a nie jakość książek, lecz dzięki tej pozycji dalej utrzymał się na stanowisku mojego ulubionego polskiego autora. Ta książka jest dowodem na to, że nawet osobom, które nie interesują się polityką może się to spodobać, jest to też dobre na początek przygody z literaturą tego autora, bo nie jest taka ciężka jak poprzednie pozycje. Mam nadzieję, że sięgnięcie po tę książkę, a ja z niecierpliwością czekam na drugi tom.


Ocena książki: 9/10

Ludzie nie wiedzą, czego oczekiwać, dopóki ich o tym nie poinformujemy.
Remigiusz Mróz - "Wotum nieufności"


6 marca 2017

[4] Moonlight - recenzja


Cześć! 😊
Zapewne wiele z Was interesuje się filmami tak samo jak książkami. Ja bardzo lubię oglądać nowości, ale też klasyki kina. Tą recenzją zaczynam nową serię postów na blogu czyli recenzje filmów! Mam nadzieję, że Wam się spodoba, a teraz przejdę do recenzji mojego faworyta czyli "Moonlight"


Ponadczasowa opowieść o relacjach międzyludzkich i odkrywaniu siebie. "Moonlight" jest opowieścią o dorastaniu ubogiego, czarnego chłopca. Dorasta on w jednej z niebezpieczniejszych dzielnic Miami i stara się znaleźć swoje miejsce w świecie. Handel narkotykami na ich osiedlu kontroluje Juan, który staje się swego rodzaju zastępczym ojcem Chirona. Czysty i widny dom, w którym Juan mieszka ze swoją dziewczyną Teresą staje się dla chłopca oazą stabilności, miejscem gorących posiłków, świeżej pościeli i swobodnych rozmów. Drugim, równie bolesnym i skomplikowanym motywem przewodnim, jest związek Chirona z jego matką, Paulą, która stacza się w wyniszczający nałóg narkotykowy, których dostarcza jej Juan. 


Pewnie kojarzycie "Moonlight" z wpadki podczas rozdania tegorocznych Oscarów. Jeśli ktoś o tym nie słyszał, to prowadzący się pomylili i powiedzieli, że Oscara w tym roku dostaje "La La Land", a kiedy ekipa weszła na scenę zauważono błąd i jednak nagrodę otrzymał "Moonlight". Bardzo się z tego powodu cieszę, bo choć oglądałem go niedawno skradł moje serce.  




"Moonlight" opiera się na prostym scenariuszu, który porusza ważne sytuacje w życiu oraz świetnie wykreowanych postaciach, gdzie nie do końca wiadomo kto jest kim. Śledzimy życie i zmianę głównego bohatera przez trzy części, na które jest podzielony film. Począwszy od Little, przechodząc przez Chiron kończąc na Black. Uważam, że wszyscy aktorzy idealnie odegrali swoją rolę, nawet najmłodszy z nich. Występ Naomie Harris bardzo mną wstrząsnął. Wcieliła się w uzależnioną od narkotyków matkę, która zrobi wszystko, ale nie dla syna, tylko dla dragów. Kocham tę aktorkę właśnie za tę rolę, ponieważ naprawdę zrobiła dla mnie furorę. Chociaż na początku nie polubiłem tej postaci to sceny z nią były genialne, właśnie ze względu na Naomie. Gdy Chiron był mały prawdziwą rodzinę zastąpili mu Juan i Teresa, których kocham. Szczególnie do gustu przypadła mi scena z nauką pływania, gdzie Juan chciał jak prawdziwy ojciec nauczyć czegoś swoje dziecko. Nie było w niej zbędnych dialogów czy scenerii, całość wypełniała przepiękna muzyka. 




Ważnym punktem filmu są dialogi, po których poznajemy, że bohaterowie tak naprawdę nie są tymi, na których wyglądają. Za fasadą upadającej narkomanki skrywa się jednak matka (co prawda niekochająca), a za złotymi łańcuchami i mięśniami przywiązany do swojej pierwszej miłości człowiek. Tak naprawdę nie wiemy kto jest kim, aż do końca. Przez trzy części filmu wszyscy bohaterowie bardzo się zmieniają co jest bardzo fajne, bo możemy obserwować jaki wpływ ma otoczenie na człowieka. Kiedy nie ma dialogów następuje cisza. Bardzo często się pojawia. A po niej przepiękna muzyka klasyczna. W filmie o narkotykach pewnie byłyby różne rapy czy hip-hop jednak reżyser postawił na subtelny fortepian i inne instrumenty, co bardzo mi się podoba. 




Film Jenkisa jest ponadczasowy. Znajdziemy w nim odpowiedzi na różne pytania niezależnie kiedy go oglądamy. Opowiada o życiu, prawdziwym życiu, a nie przesłodzonym, które często się pojawia w innych filmach. Bohaterowie muszą egzystować w przerażającym, pełnym lęku i przemocy świecie, gdzie brak chociażby miłości! Dopiero w późniejszych momentach można było ją znaleźć. Bardzo dramatyczne wątki dorastania w strasznym środowisku były świetne, dzięki nim film zyskiwał na wartości.




Według mnie "Moonlight" jest arcydziełem i zasłużył na Oscara, którego otrzymał. Jeszcze nigdy nie oglądałem tak dobrego filmu. Wcześniej spotkałem się z opiniami, że powstał on jedynie po to, by zgarniać wszelkiego rodzaju nagrody. Dla mnie jest to przepiękna, choć przepełniona bólem historia chłopca, który żył w przerażającym świecie. Pokazuje to jaki wpływ mają na nas ludzie, których spotkamy w ciągu naszego życia oraz to jak kształtuje nas środowisko w jakim żyjemy. Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do oglądania, bo naprawdę warto, a jest to film, o którym niełatwo zapomnieć, a podczas seansu zastanowić się nad sobą i życiem innych ludzi.

                                                                    Ocena filmu: 10/10


At some point, you gotta decide for yourself who you're going to be. Can't let nobody make that decision for you.

W pewnym momencie, będziesz musiał zadecydować kim chcesz być. Nie pozwól nikomu podjąć tej decyzji za ciebie.

"Moonlight"




Mam nadzieję, że recenzja Wam się spodobała i zobaczycie ten świetny film. Jeśli już macie o nim zdanie koniecznie zostawcie komentarz co Wam się podobało a co nie! :)


3 marca 2017

[3] Carrie - recenzja


Cześć! 😊
Zapraszam Was dzisiaj na recenzję debiutanckiej powieści Stephena Kinga. Chodzi tu oczywiście o "Carrie". Czy jest dobra jak na pierwszą książkę czy jednak nie warto jej czytać? Zapraszam!


Carrie White jest inna niż jej rówieśnicy. Nie chodzi na prywatki, nie interesują się nią chłopcy, stanowi obiekt kpin i docinków. Matka - religijna fanatyczka - za wszelką cenę usiłuje uchronić ją przed grzechem. Pewnego razu Carrie się jednak buntuje i idzie na szkolny bal. Gdy tam pada ofiarą okrutnego żartu, rozpętuje się piekło... dziewczyna jest telekinetą o olbrzymiej mocy, której postanawia użyć, by zemścić się na prześladowcach. Ci, którzy ją dręczyli, gorzko tego pożałują.

Carrie jest debiutem cenionego dziś pisarza - Stephena Kinga. Od tej książki zaczęła się jego przygoda z pisaniem książek, już w 1974 roku zdobyła wielki rozgłos i dała Kingowi sławę i tytuł Króla literatury grozy. Na podstawie książki powstały aż trzy ekranizacje! W 1976 powstała wersja kinowa, która stała się klasyką horroru. Szczerze uważam, że jest ona najbardziej trafioną i przerażającą z ekranizacji Carrie. Zobacz choćby na fotosy ze scen z Nocy Zagłady, czy tytułowa bohaterka Cię nie przeraża? Druga ekranizacja miała powstać w 2002 roku, nakręcono nawet pilot serialu, ale nawet nie próbowano zaczynać z kolejnymi odcinkami. Najnowsza Carrie powstała w 2013 roku. Kinowa produkcja, jednak mocno zmieniona, bo akcja dzieje się we współczesnych latach '10. W rolach głównych obsadzono gwiazdy kina typu Julianne Moore czy Chloë Grace Moretz. W przyszłości, być może na Halloween, zrecenzuję najnowszą adaptacje, bo uważam, że... warto!

Moją przygodę z literaturą grozy specjalnie zacząłem od debiutu Kinga. Wcześniej nie tykałem nawet filmów, a co dopiero książek, które miały 'straszyć'. Jednak wokół wszyscy zachwycają się dziełami tego autora, więc postanowiłem sam się przekonać, czy warto, czy jednak nie. Z tego co widziałem Carrie została wydana przez kilka wydawnictw 'Iskry', 'Prima' i 'Prószyński i S-ka'. Każde wydanie ma inną okładka, a wiadomo, że chcę mieć tę najpiękniejszą! Z tego powodu wybrałem się do biblioteki i tam wypożyczyłem książkę, żeby mieć trochę więcej czasu na zastanowienie się, które wydanie wybrać i chyba wezmę filmową wersję, bo inne nie powalają. Niestety.

Książkę przeczytałem w jeden dzień! Chociaż lepszym określeniem byłoby, że ją pochłonąłem w jeden dzień! Bo zdecydowanie wystarczyły 2 godziny żebym poznał całą historię Carrie White. Czyta się bardzo szybko, może ze względu na jej długość, może ze względu na styl pisania Kinga, wtedy był jeszcze niedoświadczonym pisarzem, więc jego pierwsza książka była dość łatwa w odbiorze, co nie zmienia faktu, że przedstawia ciężką historię. Można powiedzieć, że jest to dla nastolatków, lecz w stylu gore. Jeśli nie wiesz czym są filmy/książki/gry typu gore to chodzi głównie o zamysł Piły, czy Oszukać przeznaczenie. Czyli najczęściej horror opiera się na makabrycznych, sadystycznych scenach. Z tego powodu filmy gore są w niektórych krajach zabronione. Nic dziwnego, bo niektóre ujęcia wyglądają jak prawdziwe. To samo możemy powiedzieć o filmie. Wygląda jak dla nastolatków, na początku mamy zwykły schemat: normalna dziewczyna, taka cicha, spokojna, niczym się nie wyróżnia i nagle super chłopak zaprasza ją na bal. Ile razy już to przerabialiśmy w kinematografii czy literaturze? Aż za dużo. Dlatego King postanowił dodać coś od siebie i wtedy zaczyna się jazda bez trzymanki...

Co mi się podoba to to, że Carrie jest po części książką epistolarną. Stopniowo poznajemy historię Carrie i Margaret White. Zaczyna się od tajemniczych zdarzeń podczas dzieciństwa, czy narodzin tytułowej bohaterki, możemy ją wtedy dogłębnie poznać. Niestety mniej więcej w połowie książki artykuły mówią o 'Nocy Zagłady' i jest tam wielki spoiler! Mówią o tym co się wydarzyło, choć Carrie jeszcze nie poszła na bal. Błagam Cię King, zaspoilerowałeś całą książkę dodatkowo niszcząc ten dreszczyk emocji podczas balu wiosennego czy zdarzeń po. Jednak te wywiady z ofiarami czy informacje o samej Carrie White są jak najbardziej na plus, bo jak już wcześniej wspominałem możemy bardzo dobrze poznać Carrie jak i jej szaloną matkę. Która była serio szalona.

Jeśli chodzi o bohaterów to Stephen King dał z siebie wszystko. Zacznijmy od Margaret White. Matka Carrie jest zagorzałą katoliczką, fanatyczką religijną, która samotnie wychowuje córkę. Kiedyś miała męża, ale on już nie żyje, o czym opowiadają artykuły w gazetach. Jako fanatyczka wychowywała córkę po swojemu, absurdalnie. Dobrym przykładem tego jest pierwsza scena, gdzie Carrie dostaje miesiączki w wieku 17 lat i nawet nie wie co to jest, boi się, że wykrwawi się na śmierć. W taki sposób Margaret uczyła Carrie życia. Codzienne modlitwy, ubrania z lat '60 i kary w schowku. Zdecydowanie jedna z najbardziej 'crazy' bohaterek książkowych ostatnich lat. Jeśli chodzi o samą główną bohaterkę to od początku było mi jej szkoda. To nie była jej wina, że wszyscy się z niej wyśmiewali, można powiedzieć nawet, że to ona była najbardziej poszkodowana po tych wszystkich wydarzeniach.

Jak na debiut literacki Stephena Kinga powieść jest naprawdę dobra, jednak czegoś mi w niej brakowało. Jednym z ważniejszych minusów była długość. Tę historię można by było opisać odrobinę dłuższą, przynajmniej na 300 stron, bo jednak takie krótkie książki nie są zbyt fajne, bo potem czuć taki niedosyt. Jednak Carrie jest bardzo mocną, życiową książką choć jest horrorem. Polecam także przeciwnikom tego gatunku, ponieważ skłania ona do przemyśleń i dla mnie ma drugie dno.


Ocena książki: 9/10


Taka była dziewczyna, którą teraz wszyscy nazywają potworem. Chciałabym, żebyście dobrze to sobie zapamiętali. Oto dziewczyna, która zadowala się hamburgerem i szklanką piwa za dziesiątkę. Dziewczyna, która ze swojej pierwszej szkolnej zabawy chciała wrócić wcześniej, żeby nie niepokoić mamy...
Stephen King - "Carrie"


A Wy czytaliście "Carrie"? Co sądzicie o tej książce? Zostawcie komentarz! Mam nadzieję, że recenzja się Wam spodobała. Do napisania w kolejnym poście!
xx K




1 marca 2017

[2] Szóstka wron - recenzja


Cześć! 😊
Zapraszam Was na pierwszą recenzję książki w nowym formacie mojego bloga! Od dawna chciałem zacząć znowu pisać i robić to wszystko od początku. Wreszcie zebrałem się w sobie i postanowiłem napisać moje spostrzeżenia odnoście "Szóstki wron" autorsta Leigh Bardugo. Mam nadzieję, że się Wam spodoba i zostaniecie tu na dłużej. 


Sześcioro niebezpiecznych wyrzutków.
Jeden niewykonalny skok.

Przestępczy geniusz Kaz Brekker otrzymuje ofertę wzbogacenia się ponad wszelkie wyobrażenie – wystarczy w tym celu wykonać zadanie, która z pozoru wydaje się niewykonalne:

– włamać się do niesławnego Lodowego Dworu (niezdobytej wojskowej twierdzy)
– uwolnić zakładnika (a ten może rozpętać magiczne piekło, które pochłonie cały świat)
– przeżyć dostatecznie długo, żeby odebrać nagrodę (i ją wydać)

Kaz potrzebuje ludzi wystarczająco zdesperowanych, żeby wraz z nim podjęli się tej samobójczej misji, oraz dostatecznie niebezpiecznych, żeby ją wypełnili. Wie, gdzie ich szukać. Szóstka najbardziej niebezpiecznych wyrzutków w mieście – razem mogą być nie do zatrzymania. O ile wcześniej nie pozabijają się nawzajem.



Zacznę od tego co urzekło mnie od pierwszego wrażenia czyli od... szaty graficznej. Kiedy zobaczyłem tę książkę w księgarni, nawet nie czytając opisu, wiedziałem, że muszę ją kupić. Okładka jest w takim mrocznym, tajemniczym stylu, co idealnie odzwierciedla to, co jest w środku i mega mi się podoba. Trochę kojarzy mi się z "Królem kruków", chyba przez czarnego ptaka. Świetnym pomysłem było pozostawienie tego w twardej oprawie, jak w oryginalnej wersji. Szkoda tylko, że zabrakło obwoluty. Gdyby tam była, obwieściłbym tę książkę najpiękniejszą w mojej biblioteczce. Grube strony skradły moje serce. Bardzo nie lubię, kiedy książka ma bardzo cienkie strony o żółtawym odcieniu. Wolę takie jakie były tu. Na sam koniec o szacie graficznej opowiem o mistrzostwie czyli o... czarnych końcach kartek. To wszystko razem prezentuje się przepięknie. A jak było w środku?

Historia przedstawiona w książce jest dość oryginalna. Nie czytałem poprzedniej serii Leigh Bardugo, więc można przeczytać jedno bez znajomości drugiego, jednak niedługo na pewno sięgnę po poprzednie pozycje tej autorki. Kiedy zobaczyłem tę książkę w księgarni myślałem, że jest to pozycja jednotomowa, ostatnio bardzo je polubiłem, bo nie chce mi się czytać rozległych serii. Gdy byłem już na samym końcu wiedziałem, że to się nie może tak skończyć, więc od razu musiałem się dowiedzieć, kiedy będzie drugi tom. Na szczęście niedługo, bo w marcu. Ale powróćmy do tematu. Jeśli chodzi o wątek Szumowin i życia w Ketterdamie to kojarzy mi się z "Grą o tron". Samobójcze misje to dość powszechny temat w książkach, ale takiej jeszcze nie było. Na szczęście autorka postawiła na "stary" sposób narracji, czyli mamy tu narratora trzecioosobowego. Teraz większość książek jest pisanych w sposób pierwszoosobowy, co robi się trochę nudne. Autorka oszczędziła rozterek wewnętrznych bohaterów. 


Teraz czas na najmocniejszy punkt tej książki, jeśli chodzi o jej wnętrze. Bohaterowie. Już dawno nie spotkałem się z tak sympatycznymi i życiowymi bohaterami! Co najważniejsze nie są idealni, na szczęście, mają skazy, jak normalni ludzie... Należą do Szumowin, więc na pewno mają skazy, ale zachowują się normalnie. Co dziwne, mamy tu nastolatków. Bardzo się zdziwiłem, kiedy przeczytałem, że Kaz ma siedemnaście lat, bo jak na nastolatka zachowuje się zbyt dojrzale i poważnie. Tak samo jak reszta bohaterów, są zbyt dojrzali na swój wiek, ale to nic dziwnego, byli do tego zmuszeni przez warunki w jakich żyli. Czy w Ketterdamie jest miejsce na dziecinną niewinność? Nie sądzę. Po poznaniu dogłębnie historii Kaza można stwierdzić, że jest to pełne okrucieństwa miejsce, gdzie trzeba zabić, żeby nikt nie zabił ciebie. Bardzo przypadła mi do gustu Inej, która także ma przerażającą historię, chociaż tak naprawdę moim faworytem jest Nina. Na początku nie spodziewałem się, że to właśnie ją nazwę ulubieńcem, ale jednak. Zachwyciła mnie swoją odwagą i słusznością sprawy, ale więcej o niej nie opowiem, bo to będzie wielki spoiler. 

Cała powieść jest pisana z kilku perspektyw co jest fajnym zabiegiem ze strony autorki. Historię śledzimy z punktu widzenia całej szóstki a miejscami także z postaci epizodycznych, jak pod sam koniec. To było bardzo pomocne podczas czytania fragmentów w Lodowym Dworze, gdzie każdy miał jakąś misję i byliśmy wszędzie, a nie tylko w miejscu gdzie znajduje się główny bohater (Czy ta książka ma jednego głównego bohatera? Chyba nie.). Na początku nie spodziewałem się, że ta książka tak bardzo mi się spodoba. Bardzo ciężko było mi "wgryźć się" w akcję, pierwsze strony były ciężkie. Dużo się działo i trudno było ogarnąć co się właściwie dzieje. Po pierwszych stu stronach było już tylko lepiej, wszystko było płynne. Miałem jedynie problem z niektórymi retrospekcjami, myliły mi się z tym co dzieje się "teraz", ale to szczegół.

Podsumowując "Szóstka wron" to dobra książka, lecz wydaje mi się, że była pisana na szybko ze względu na zagmatwaną akcję i błędy stylistyczne. Coś czuję, że w pewnym momencie Leigh Bardugo pogubiła się we własnym toku myślenia i nie wiedziała jak się z tego wyplątać. Poza tym ma duży potencjał i mam nadzieję, że nie zostanie on zniszczony w drugim tomie. 


Moja ocena: 8/10




Wielu chłopców będzie przynosić ci kwiaty, ale pewnego dnia spotkasz tego, który pozna twój ulubiony kwiat, twoją ulubioną piosenkę, twoje ulubione słodycze. Nawet jeśli będzie za biedny, żeby dać ci któreś z nich, to nie będzie miało znaczenia, bo poświęci czas, żeby poznać cię jak nikt inny. Tylko ten chłopiec zasłuży na twoje serce.

Leigh Bardugo - "Szóstka wron"




Mam nadzieję, że recenzja "Szóstki wron" przypadła Wam do gustu i zostaniecie na dłużej na blogu. Jeśli chcecie być na bieżąco z postami koniecznie dodajcie się do obserwatorów! Napiszcie co sądzicie o tej książce jak i o tej recenzji, bardzo mi zależy, żeby poznać Wasze zdanie! 
Do napisania!
xx K




[1] Behawiorysta - recenzja


Cześć! 😊
Dzisiaj zapraszam na recenzję jednej z nowszych książek króla polskiego kryminału, mowa tu oczywiście o Remigiuszu Mrozie. Czy "Behawiorysta" jest warty Waszej uwagi? Zapraszam na post!


Zamachowiec zajmuje przedszkole, grożąc, że zabije wychowawców i dzieci. Policja jest bezsilna, a mężczyzna nie przedstawia żadnych żądań. Nikt nie wie, dlaczego wziął zakładników, ani co zamierza osiągnąć. Sytuację komplikuje fakt, że transmisja na żywo z przedszkola pojawia się w internecie.

Służby w akcie desperacji proszą o pomoc Gerarda Edlinga, byłego prokuratora, który został dyscyplinarnie wydalony ze służby. Edling jest specjalistą od kinezyki, działu nauki zajmującego się badaniem komunikacji niewerbalnej. Znany jest nie tylko z ekscentryzmu, ale także z tego, że potrafi rozwiązać każdą sprawę. A przynajmniej dotychczas tak było…

Rozpoczyna się gra między ścigającym a ściganym, w której tak naprawdę nie wiadomo, kto jest kim.



Kiedy po raz pierwszy sięgnąłem po opis "Behawiorysty", byłem zachwycony, bo z czymś takim jeszcze się nie spotkałem. Bardzo zachęcający, interesujący opis, a to tylko kilka pierwszych stron, to co dzieje się dalej nie mieści się w głowie, ale o tym nie będę pisać, bo byłby to ogromny spoiler dla tych, którzy jeszcze tego nie przeczytali. Przed "Behawiorystą" za mną była tylko trylogia z Wiktorem Forstem, a Remigiusz Mróz przez cały rok wydawał nowe książki, a że akurat całkiem niedawno wyszła ta, postanowiłem, że ją kupię i była to jedna z lepszych "książkowych" decyzji jakie podjąłem. Jeśli nie przekonuje Was opis, uwierzcie mi, w środku kryje się o wiele więcej niż jest napisane z tyłu. Zobaczcie też na tę przepiękną okładkę, która jest zrobiona w minimalistycznym, ale genialnym stylu, który bardzo lubię. Jak dotychczas widzicie, same atuty.

Powieść nie jest łatwa w odbiorze i można lekko pogubić się w akcji. Mamy tu kilka perspektyw, m.in. Gerarda, Beaty i Kompozytora. Jest to bardzo typowy zabieg w książkach Mroza, już po "Ekspozycji", "Przewieszeniu" i "Trawersie" to zaobserwowałem. Bardzo lubię, gdy książka jest pisana z punktu widzenia kilku postaci, a nie tylko głównego bohatera, ponieważ śledzimy całą akcję i możemy dostrzec niektóre "smaczki", które ukrył autor. Remigiusz Mróz bardzo dobrze napisał tę książkę choćby pod względem psychiki głównych bohaterów a tym bardziej antagonisty. Pod koniec książki mamy notkę od autora, gdzie wyjaśnij skąd pomysł na właśnie taką historię, zaskakujące, że wystarczy jeden temat na wykładach, aby wymyślić tak dobrą historię. 

Jeśli chodzi o bohaterów to bardzo mi się podoba, że są to głębokie i dobrze wykreowane postacie. W opisie mamy wzmiankę o tym, że Gerard jest ekscentrykiem, jednak tego nie odczułem, spodziewałem się większego dziwaka, a dostaliśmy inteligentnego człowieka z wielkim przywiązaniem do swojej rodziny i wiary. U innych blogerów widziałem, że według nich Gerard miejscami przypominał Wiktora Forsta, lecz tego nie zauważyłem. Dla mnie całkowicie się różnią, ale wolę Wiktora. Za to Beata kojarzyła mi się z taką gorszą wersją Olgi Szrebskiej, którą kochałem. Na koniec najciekawsze czyli Kompozytor. Bardzo zaintrygowała mnie ta postać, i miała bardzo ciekawą historię. Od początku zastanawiałem się czym się kierował organizując Koncerty Krwi, które były przerażające. Ale wiecie co było jeszcze gorsze? To, że ludzie brali w tym czynny udział i głosowali, kto ma zginąć. Remigiusz Mróz zawsze kreuje idealne czarne charaktery, a takie postacie zawsze są najciekawsze.

Zacznę od tego co mi się podobało, otóż według mnie największym atutem jest oryginalność autora przy tworzeniu tej książki. Jak już wcześniej wspominałem, jeszcze nie spotkałem się z podobną historią w literaturze zagranicznej, a co dopiero polskiej. Ekscentryczność całej powieści jest czymś nie do przebicia. Równie bardzo podobało mi się to, że przez cały czas mieliśmy styczność z akcją, cały czas coś się działo, myślałem, że autor robi przerwę na chwilę oddechu a tu nagle kolejny Koncert Krwi. Często w książkach dzieje się tak, że mamy sporą dawkę akcji, a przez resztę stron wieje nudą. Tutaj na szczęście tak nie było. 

A minusy? Jest jeden. Brak realizmu. Remigiusz Mróz umieścił akcję w jego rodzinnym mieście czyli Opolu, a takie rzeczy w naszym kraju, czy na świecie, nie są zbyt realne. Porywanie ludzi i kręcenie internetowego show z ich zabijaniem? To raczej nie jest możliwe. Akcja była nieco zagmatwana, działo się bardzo dużo. Oprócz tego nie mam zastrzeżeń.

Według mnie "Behawiorysta" jest najlepszą książką autorstwa Remigiusza Mroza. Z małymi zastrzeżeniami jest idealna, wartka akcja, ciekawi bohaterowie i najważniejsze - oryginalna treść. Polecam jak najbardziej!

Moja ocena: 10/10

Wiatr wieje tam, gdzie chce, i szum jego słyszysz, lecz nie wiesz, skąd przychodzi i dokąd podąża.

Remigiusz Mróz - "Behawiorysta"




Mam nadzieję, że ta recenzja się Wam spodobała i zachęciłem Was do sięgnięcia po tę książkę!
Do następnego postu!
xx K
Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.