24 kwietnia 2017

[12] Ekspozycja - recenzja



Cześć!
Witam w kolejnej już recenzji na moim blogu. Dzisiaj znowu ocenię książkę Remigiusza Mroza, lecz tym razem trochę starszą. Zapraszam na recenzję "Ekspozycji"! :)


Nieuchwytny zabójca.
Mroczna tajemnica z przeszłości.
Zaskakujący finał.

Termin "ekspozycja" ma przynajmniej pięć znaczeń. Podobnie wieloznaczny jest każdy krok mordercy.
Pewnego ranka turyści odkrywają na Giewoncie makabryczny widok – na ramionach krzyża powieszono nagiego mężczyznę. Wszystko wskazuje na to, że zabójca nie zostawił żadnych śladów.
Sprawę prowadzi niecieszący się dobrą opinią komisarz Wiktor Forst. Zanim tamtego ranka stanął na Giewoncie, wydawało mu się, że widział w życiu wszystko. Tropy, jakie odkryje wraz z dziennikarką Olgą Szrebską, doprowadzą go do dawno zapomnianych tajemnic… Winy z przeszłości nie dadzą o sobie zapomnieć. Okrutne zbrodnie muszą zostać odkupione.



Zapewne, jak każdy kto interesuje się książkami, słyszeliście o Remigiuszu Mrozie. Odkąd wydał pierwszą książkę jest o nim naprawdę głośno, i to wcale nie jest przesadzone, bo jego książki stoją na bardzo wysokim poziomie. Za mną było ich kilka, recenzje dwóch najnowszych możecie przeczytać wcześniej na moim blogu, chodzi tu o "Behawiorystę" oraz "Wotum nieufności". O tej książce też musieliście gdzieś słyszeć lub, co bardzo prawdopodobne, sami ją przeczytaliście. "Ekspozycja" to pozycja, która już wcześniej była za mną. Przeczytałem ją dokładnie czwartego czerwca poprzedniego roku i od tej książki zaczęła się moja przygoda z literaturą Remigiusza Mroza. Był to też mój pierwszy kryminał. Dzięki "Ekspozycji" polubiłem takie książki, a Remigiusz Mróz jest zdecydowanie moim ulubionym pisarzem. Z powodu premiery kolejnego tomu postanowiłem odświeżyć sobie całą historię Wiktora Forsta, a przy okazji napisać recenzję. Książka zajęła mi tylko kilka dni, a już na wstępie mogę powiedzieć, że naprawdę warto ją przeczytać! 

Zacznę od tego, co widać na pierwszy rzut oka. Przepiękna okładka stworzona przez Wydawnictwo Filia bardzo przykuwa uwagę. Przy okazji idealnie oddaje klimat stworzony przez Remigiusza Mroza, bo właśnie na tej okładce mamy praktycznie wszystko, co dzieje się w książce, góry, człowieka oraz tajemniczą monetę, która także odgrywa w "Ekspozycji" ogromnie ważną rolę. Jak można też zauważyć pozycja jest dość obszerna, w końcu do 480 stron, które zdecydowanie się nie dłużą. Kryminał jest podzielony na cztery oddzielne akty, które opowiadają różne wydarzenia w śledztwie, lecz razem tworzą świetną całość, bo dopiero, gdy poznamy wszystkie cztery rozdziały poznamy tajemnicę Mordercy z Giewontu.

Tępo akcji dziejącej się w "Ekspozycji" jest zawrotne. Cały czas jesteśmy bombardowani nowymi rzeczami, które odkryli Forst ze Szrebską lub kolejnymi morderstwami. Od morderstwa na Giewoncie, gdzie zawiązała się akcja cały czas mieliśmy wzrost napięcia, bo co chwilę działo się coś ważnego. Przerwy na oddech były tylko w krótkich przerwach, gdzie bohaterowie musieli połączyć fakty, których się dowiedzieli w całość, aby wymyślić co mają robić dalej. Akcja jest jednym z największych plusów tej książki, ponieważ Remigiusz Mróz bardzo dobrze ją poprowadził. Aż do ostatnich dwudziestu stron, nie wiedzieliśmy, kto naprawdę jest mordercą i cały czas działo się coś nowego. Zakładam, że bardzo łatwo było się pogubić w tym wszystkim podczas pisania, lecz kiedy czytałem "Ekspozycję" kompletnie tego nie odczułem, ponieważ autor ze wszystkiego idealnie wybrnął, tak, że nie było żadnych dziur w fabule i wszystko zostało idealnie poprowadzone, aż do końca, gdzie i tak nie można było odetchnąć z ulgą, bo nawet na końcu działo się bardzo ważne rzeczy. Co ważne, fabuła nie rozgrywa się jedynie w polskich górach, wszystko działo się dosłownie na kilku kontynentach, co także bardzo mi się podoba. Intryga mordercy sięgała Białorusi czy Ukrainy, a bohaterowi udali się również do Rosji oraz... Stanów Zjednoczonych. Światowość w tej książce także jest bardzo interesująca. 

Jeśli chodzi o bohaterów to oni również są świetnie stworzeni. Według mnie sprawiali wrażenie, nie postaci książkowych, a prawdziwych ludzi. Zacznę od Wiktora Forsta, który był naprawdę barwnym człowiekiem. Jeszcze wcześniej nie spotkałem się z taką interesującą osobą, jaką jest komisarz. Dość ekscentryczny, sarkastyczny, ale naprawdę lojalny i ciekawy. Oprócz podziwu w jego postawę może wprowadzić czytelnika również w osłupienie. Myślę, że sam główny bohater jest dobrym powodem, aby sięgnąć po tę książkę. Jednakże zdecydowanie bardziej polubiłem Olgę Szrebską, którą mogę nazwać jedną z lepiej wykreowanych bohaterek książkowych. Zdecydowanie jej charakter ułatwiał jej pracę w dziennikarstwie. Redaktorka NSI również była interesującą osobą, lecz można powiedzieć, że była lekkim przeciwieństwem Forsta. Olgę bardzo polubiłem za jej charyzmę, oraz oczywiście za dialogi, które Remigiusz Mróz świetnie napisał. Jeśli piszę o bohaterach nie mogę nie wspomnieć o humorze całej książki. Przez te prawie pięćset stron towarzyszy czarny humor Forsta. Poza tym trochę wulgaryzmów, sarkazmu i komizmu słownego. Naprawdę, w niektórych momentach można było się nieźle uśmiać, szczególnie, gdy brał w tym udział Osica.

Jak w innych książkach tego autora śledzimy akcję z kilku perspektyw. W tym przypadku o wydarzeniach dowiadujemy się z oczu Wiktora Forsta, Olgi Szrebskiej oraz tajemniczego starca z kotem Antoniuszem (interesujące imię, nieprawdaż?). Bardzo lubię takie rozwiązania w książkach, ponieważ nie poznajemy tego co się dzieje przez jednego bohatera, a przez kilku, dzięki czemu lepiej możemy poznać fabułę oraz punkt widzenia i myślenia danego charakteru. Muszę przyznać, że jednak mi o wiele ciekawiej czytało się rozdziały pisane z perspektywy Wiktora, bo jednak on miał bardziej interesujące przygody od Olgi, choć przez kilka rozdziałów bardziej zainteresowałem się jej perspektywą. 

Pora na zakończenie, które w książce było okropne. Nie okropnie napisane, lecz okropne rzeczy się tam stały. Po wszystkich wydarzeniach, które miały miejsce w książce, autor wyciąga as z rękawa i wyskakuje z takim czymś. Niestety nie napiszę tego, co się tam stało, ponieważ byłby to ogromny spoiler, który zepsułby Wam całą zabawę z czytania książki, ale powiem, że było to coś strasznego, lecz sam Remigiusz Mróz mówił o tym, że kiedy czytelnik po skończeniu jego pozycji, ma ochotę zabić autora, to ta książka jest warta przeczytania. No cóż, w tym przypadku także.

"Ekspozycja" to wspaniały kryminał pełen akcji i humoru. Jeżeli jak ja wcześniej nie czytaliście tego gatunku, jest to dobra książka na rozpoczęcie Waszej przygody z taką literaturą. Jeżeli ktoś jeszcze tego nie przeczytał, w co bardzo wątpię, naprawdę musi to nadrobić, bo ta pozycja, jest jedną z lepszych książek, jakie kiedykolwiek czytałem. Dzięki niej Remigiusz Mróz stał się moim ulubionym polskim autorem. Sam muszę nadrobić jego inne pozycję, bo zdecydowanie zostaję w tyle z innymi seriami. 


★★★★★

Wszystko można udowodnić, jeśli ma się odpowiednio dużo kreatywności.
Remigiusz Mróz - "Ekspozycja"






21 kwietnia 2017

[11] mleko i miód - recenzja


Cześć!
Dzisiaj zapraszam Was na recenzję nowo wydanej książki, a raczej zbioru poezji. Zwykle nie czytuję takich książek, lecz słyszałem o niej naprawdę wiele dobrego i postanowiłem, że muszę przeczytać "mleko i miód". Jak mi się podobało? Zapraszam do recenzji! :)



„Mleko i miód” to opowieści o miłości i kobiecości, ale też przemocy i stracie. W krótkiej, poetyckiej formie skrystalizowały się pełne cielesności emocje. Każdy z rozdziałów dotyka innych doświadczeń, łagodzi inny ból. Rupi Kaur szczerze i bezkompromisowo ukazuje kobiecość we wszystkich jej odcieniach, cudowną zdolność kobiecego ciała i umysłu do otwierania się na miłość i rozkosz mimo doznanych krzywd.

Międzynarodowy bestseller.
Ponad pół miliona sprzedanych egzemplarzy w samych Stanach Zjednoczonych.
Kilkadziesiąt tygodni na liście bestsellerów „New York Timesa”.

„Te krótkie i szczere wiersze o doświadczaniu kobiecości, przemocy, miłości i łagodzeniu bólu są tak delikatne jak piosenki pop i tak ostre jak trash metal”.
- New York Times

„»Mleko i miód« to zbiór wierszy, który każda kobieta powinna mieć na swoim nocnym stoliku”.
- Huffington Post



Sam opis wskazuje na to, że mamy do czynienia ze zbiorem poezji autorstwa Rupi Kaur. Zwykle nie sięgam po literaturę piękną czy poezję, ale postanowiłem, że to będzie moja pierwsza książka z wierszami. Nie zawiodłem się. Przed przeczytaniem bardzo wiele słyszałem i czytałem o "mleko i miód", a te wszystkie recenzje były pozytywne. Muszę powiedzieć, że trudno przejść obojętnie, gdy widzi się tę pozycję w księgarni czy w empiku, ponieważ jest naprawdę pięknie wydana. Ale o tym opowiem później.

Cała szata graficzna jest w, moim ulubionym, minimalistycznym stylu. Moje wydanie jest edycją dwujęzyczną, więc odrobinę różni się od tej normalnej. Na okładce widzimy napis i jeden, subtelny rysunek. Bardzo mi się podoba szata graficzna tej książki, bo pod niektórymi wierszami są malunki równie delikatne jak większość z tych sentencji. Wydawnictwo Otwarte naprawdę się postarało wydając także książkę po angielsku i po polsku. To dobre rozwiązanie dla osób, które chcą przeczytać daną pozycje w oryginale, ale boją się, że niewiele zrozumieją. W takich razie tłumaczenie jest na stronie obok. Grafika powieści jest zdecydowanie wielkim atutem.

Tomik poezji jest podzielony na cztery części: "cierpienie", "kochanie", "zrywanie" oraz "gojenie". Każdy rozdział opowiada o czymś innym, lecz wszystkie razem tworzą przepiękną całość o życiu. Pierwsza część opowiada o wcześniejszym życiu Rupi Kaur. Mamy tu opowieść o przemocy i gwałcie. Są to bardzo trudne tematy, o których raczej się nie mówi, lecz autorka opisuje to w bardzo subtelny, ale też dosadny sposób. W tych krótkich wierszach mamy wiele refleksji ale też wspomnień poetki. Myślę, że jest to najmocniejszy pod względem tematyki, ale też stwierdzeń rozdział. Pełen bólu, strachu i krzywdy. Niebywałe jak w kilkuwersowych wierszach można zawrzeć tyle emocji. Druga część ma tytuł "kochanie". Tutaj mamy już dorosłe życie kobiety, być może autorki. To chyba najbardziej kobiecy rozdział. Wiele miłości, piękna i kochania. Kontrastująca dla "zrywania", gdzie jest wiele negatywnych emocji, o rozchodzeniu się z drugą połówką. Ostatnia część także bardzo mi się spodobała "gojenie". Opowiada o ludziach, o wartości naszego życia i o kochaniu samego siebie. Myślę, że tę część powinni przeczytać wszyscy, którzy są niezadowoleni z siebie i jak to mówi sama Rupi Kaur "nie chcą spędzić ze sobą reszty swojego życia". W tych czterech krótkich działach autorka zawarła wiele emocji, pozytywnych i negatywnych. Bardzo mi się podoba, bo jest to słodko-gorzka historia życia pewnej kobiety.

Najbardziej, oprócz emocji, podoba mi się prostota z jaką autorka o wszystkim opowiada. Nie czytuję poezji, ponieważ jej nie rozumiem. W większości wierszy jest pełno zawiłości, skrótów myślowych, metafor, aż trudno się w tym wszystkim połapać. W "mleko i miód" poetka postawiła na prostotę, która jest wielkim atutem. Brak tutaj zbędnych przenośni czy epitetów. Rupi Kaur wszystko opisuje w przystępny dla zwykłych czytelników sposób. To właśnie w tej prostocie tkwi największa magia tej książki. Z pozoru niepozorne kilkuwersowe wiersze, a w nich drzemie wielki potencjał, dużo emocji i ogromna siła. 

Podsumowując "mleko i miód" jest przepięknym tomikiem powieści, choć jest skierowana głównie do kobiet, to myślę, że trafia do każdego człowieka. Wszyscy mogą z tej książki wynieść coś dobrego i choć odrobinę przewartościować różne rzeczy w naszym życiu. Jak najbardziej polecam, moje pierwsze spotkanie z poezją współczesną zakończyło się bardzo dobrze i myślę, że często będę do tej książki wracał i za każdym razem odkrywał coś nowego, czego nie zauważałem wcześniej. Jedna z najlepszych książek wydanych w tym roku.

★★★★★

gubię części ciebie tak jak gubię rzęsy
nieświadomie i wszędzie.
Rupi Kaur - "mleko i miód"

18 kwietnia 2017

[10] Królestwo kanciarzy - recenzja



Cześć!
Wracam już po świątecznej przerwie, tym razem z nowością książkową czyli "Królestwo kanciarzy". Zapraszam Was do czytania!



Kaz Brekker i jego ekipa dopiero co przeprowadzili skok przekraczający najśmielsze wyobrażenia. Zamiast jednak dzielić sowite zyski, muszą walczyć o życie. Zostali wystawieni do wiatru i poważnie osłabieni; dokucza im brak funduszy, sprzymierzeńców i nadziei.

Na ulicach miasta trwa wojna. Wzajemna lojalność w obrębie ekipy – i tak już krucha i wątpliwa – zostaje wystawiona na ciężką próbę. Kaz i jego ludzie muszą się postarać, żeby znaleźć się po stronie zwycięzców. Bez względu na koszty.



Po przeczytaniu pierwszej części tej serii z niecierpliwością czekałem na kolejny tom (Recenzja "Szóstki wron" jest na blogu). Po lekturze pierwszego tomu dodałem drugą część na moją listę książek do przeczytania. "Szóstka wron" była wspaniałą książką, pełną akcji, nieoczekiwanych zwrotów akcji i super wykreowanych bohaterów, niestety o "Królestwie kanciarzy" nie mogę tego powiedzieć. 

Zacznę od tego, że akcja w książce była bardzo zagmatwana. Działo się bardzo wiele i myślę, że autorka sama pogubiła się we wszystkich wydarzeniach, które miały tam miejsce. Bardzo trudno było mi zacząć czytać po dłuższej przerwie, jak i na bieżąco, z powodu ilości wydarzeń w których łatwo było zgubić orientacje co się dzieje oraz u kogo. W pewnym momencie całkowicie się pogubiłem w ogromie akcji i nie wiedziałem czy czytać dalej czy już sobie odpuścić. Pomimo tego, że w książce działo się bardzo dużo w pewnym momencie kompletnie powiewało nudą. Co mi się podobało to stare twarze, nie dostaliśmy tu żadnych dodatkowych bohaterów, co często dzieje się w kolejnych tomach danych serii. Przez całą książkę towarzyszyły nam stare twarze takie jak Inej, Nina i oczywiście Kaz. 

Na szczęście szata graficzna nie pozostawiała nic do życzenia. Wszystko było zrobione przepięknie tak jak w pierwszym tomie, twarda oprawa, pomalowane brzegi stron i wstążeczka. Tym razem kolorem przewodnim był czerwony, co i tak wyglądało przepięknie, choć "Szóstka wron" podobała mi się bardziej. 

Pomysł na akcje także był zrobiony dobrze. Na początku bardzo mi się podobało. Przez pierwsze sto stron myślałem, że będzie to nawet lepsze od pierwszego tomu, jednak później zaczęły się schody. Gdyby autorka inaczej poprowadziła całą narrację i zmniejszyła ilość tych mniejszych akcji na pewno czytałoby mi się o wiele lepiej, jednak tak, jak wcześniej wspominałem łatwo było się rozproszyć i zapomnieć o czym się przed chwilą czytało. Wcześniej spotkałem się z opiniami, że książka jest wspaniała, jednak w moich oczach wypadła o wiele słabiej od pierwszego tomu.

Podsumowując książka zapowiadała się bardzo dobrze, później zaczęło się robić pogmatwanie. Myślę, że mogłoby być o wiele lepiej, bo cała seria ma duży potencjał na tegoroczny hit, pierwsza część była świetna, jednak druga część nie powtórzyła sukcesu "Szóstki wron".


★★✩✩✩



Wrony zapamiętują twarze. Zapamiętują ludzi, którzy je karmią i są dla nich mili, tak jak zapamiętują tych, którzy wyrządzili im krzywdę. Nigdy nie zapominają. Przekazują sobie nawzajem, o kogo warto się zatroszczyć a kogo lepiej się wystrzegać.
Leigh Bardugo - "Królestwo kanciarzy"

13 kwietnia 2017

[9] Służące (The Help) - recenzja



Cześć!
Dzisiaj zapraszam na kolejną recenzją filmu na moim blogu. Dzisiaj opowiem Wam o jednym z najlepszych filmów ostatnich lat, czyli o "The Help", znanym też jako "Służące", zapraszam! :)


"Służące" to piękna, inspirująca opowieść o potędze odwagi i nadziei, dzięki którym wszystko staje się możliwe. To poruszająca adaptacja bestsellerowej powieści Kathryn Stockett, ze wspaniałymi kreacjami aktorskimi Emmy Stone, Violi Davis, Octavii Spencer oraz Jessici Chastain.
Film już został okrzyknięty przez krytyków mianem ponadczasowego klasyku. "Służące" otrzymały 4 nominacje do Oscara, w tym dla Najlepszego filmu, 5 nominacji do Złotych Globów, a także 3 nagrody Gildii Aktorów.
Akcja filmu toczy się w latach 60. XX w. na amerykańskim Południu. Skeeter, początkująca dziennikarka, niespodziewanie wywraca do góry nogami życie swoich przyjaciół i mieszkańców rodzinnego miasteczka, gdy postanawia przeprowadzić wywiad z czarnoskórymi służącymi najzamożniejszych rodzin w okolicy. Dzięki uporowi i empatii Skeeter szykanowane kobiety odważą się walczyć o godność. Wspólnie napisana powieść zaburzy małomiasteczkowy spokój i będzie krokiem na drodze do zmian, a między uczestniczkami projektu zrodzi się niezwykła przyjaźń.

"Służące" to świetnie zagrana, wzruszająca i zabawna historia, która na długo zagości w waszych sercach.

Opis dystrybutora DVD


Zwiastun filmu możecie obejrzeć tutaj:



Zapewne kojarzycie książkę oraz właśnie ten film, który powstał na jego podstawie. Jeszcze nie czytałem pierwowzoru, tym samym niszcząc zasadę najpierw książka potem film, lecz o ekranizacji słyszałem wiele dobrego, więc postanowiłem, że ją obejrzę. Czytałem wiele recenzji, spostrzeżeń na temat filmu i zdecydowana większość, zaryzykuję stwierdzeniem, że wszystkie oceny były pozytywne. Z tego powodu pomyślałem, że jako wielki fan wszelkiego rodzaju filmów go obejrzę. Przez nieco ponad dwie i pół godziny wcale się nie nudziłem, ale przejdźmy do szczegółów! "The Help" opiera się się na trudnej historii, lecz przedstawionej w prosty sposób. Akcja rozgrywa się w Ameryce w latach 60. XX wieku, więc w prawie każdej rodzinie jest czarnoskóra służąca. Pomysł na scenariusz jest bardzo dobry, ponieważ nawet w dzisiejszych czasach panuje rasizm, mniej niż w tamtych okresie, ale niestety jest. Idea stworzenia tej historii jest bardzo dobra i naprawdę mega mi się podoba.



Jak wcześniej było wspomniane akcja dzieje się na południu Stanów Zjednoczonych w latach 60. XX wieku, więc stworzenie scenografii i kostiumów nie było łatwym zadaniem, jednak była to jedna z najmocniejszych stron filmu. Ubrania wszystkich kobiet były przepiękne, naprawdę się w nich zakochałem. Wystrój mieszkań także nie zostawił nic do życzenia, wszystko było tam perfekcyjnie. Uwielbiam retro wystrój domów, a właśnie tam było wszystko zrobione idealnie. Muzyka w filmie odrobinę kulała. Według mnie mogłoby być jej trochę więcej, subtelne melodie wkomponowały się w dialogi i akcję na ekranie bardzo dobrze, lecz mogłoby być więcej zwykłych piosenek.



Obsada to najlepsi aktorzy w Ameryce. Z takimi gwiazdami można zrobić dosłownie wszystko. Każdy świetnie oddał swoją rolę, ale według mnie najlepiej wypadły Octavia Spencer i Viola Davis. Te dwie panie dały z siebie na ekranie wszystko i to widać, z czasem można zapomnieć, że jest to zwykły film, a nie dokument z prawdziwymi ludźmi. Dialogi padające w tym filmie były także świetnie rozpisane, zdecydowanie scena z ciastem czekoladowym, to było przepiękne. Za obsadę daje ogromy plus, bo to co zrobili na ekranie było nieziemskie.



"The Help" to ponadczasowy film. Znajdziemy w nim wiele odpowiedzi i sentencji. Pokazuje, że każdy człowiek, niezależnie od koloru skóry, wiary, czy chociażby pochodzenia jest taki sam i ma prawo żyć godnie jak inni. Bardzo spodobało mi się to, co Aibileen mówiła małej dziewczynce, a końcówka łamie serce na pół. Dosłownie. Przepiękny słodko-gorzki film, który powinien obejrzeć każdy. Uważam, że to jeden z najlepszych projektów ostatnich lat. 

★★★★

God says we need to love our enemies. It hard to do. But it can start by telling the truth. No one had ever asked me what it feel like to be me. Once I told the truth about that, I felt free. And I got to thinking about all the people I know. And the things I seen and done. My boy Trelaw always said we gonna have a writer in the family one day. I guess it's gonna be me.

Bóg mówi, abyśmy kochali naszych wrogów. To trudne. Ale może się to zacząć przez mówienie prawdy. Nikt nigdy mnie nie zapytał jak to jest być mną. Raz powiedziałam o tym prawdę, poczułam się wolna. I zaczęłam myśleć o wszystkich tych ludziach, których znam. I tych rzeczach, które widziałam i zrobiłam. Mój chłopiec Trelaw zawsze mówił, że pewnego dnia będziemy mieć w rodzinie pisarza. Zgaduje, że to będę ja.
Szablon dla Bloggera stworzony przez Devon.